poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Krócej znaczy dłużej" - Harpagan 47 i nauka pokory. Kolejna.

Kolejny krok milowy Planu Rocznego został poczyniony. Meta ERnO Harpagan 47, cało i zdrowo. 

Wyznając zasadę "wszystko albo nic", nie poruszam kwestii wyniku - tytułu nie zdobyłem, więc temat uważam za nieistotny (Miejsce 7/30, punkty 67/80, minus 5 minut spóźnienia). Na tym polu wykazali się koledzy z SKPT - Człowiek Szlam (Krzyś Nowak) i Człowiek Rzeźba (Paweł Ćwidak). Krzysztof "rozpruł" konkurencję wygrywając w świetnym stylu koronną trasę TP100 (12h 56min). Paweł uzupełnił grono na podium tejże, a jego czas przejścia, 15h 18min, dobitnie udowadnia, że chłopak poczucie humoru jednak ma i to spore. Jego spokojne, nieco smutno brzmiące przedstartowe "Czuję, że nie jestem jeszcze gotów na takie dystanse" było niezwykle przejmujące. Byłem gotów oddać pół miski makaronu, byleby tylko jakoś podnieść go na duchu.

W tym roku wszystko podporządkowane jest jednemu - Biegowi Rzeźnika w Bieszczadach. Jego ukończenie, w możliwie dobrym stylu, siedzi w mej skąpo owłosionej (ale za to super dorodnymi sztukami!) łepetynie od dawna. H47 to przystanek w długiej drodze. Papierek lakmusowy aktualnego stanu przygotowania. Przegląd techniczny organizmu. Jego wydolności, poprawności pracy stawów i mięśni. Odporności na niespodzianki, które zmęczony umysł potrafi zafundować w najmniej odpowiednim momencie - każdy długodystansowiec doskonale wie, że gdy głowa mówi: "Gościu! To już kres twych możliwości!", to właśnie jest ten moment, gdy należy przyspieszyć i napierać dalej.

Wbrew temu, co media promujące aktywność wszelaką mówią w TV czy piszą w internecie, imprezy typu Harpagan niszczą system! Krótsze dystanse faktycznie stanowią miłe urozmaicenie ciężkiego życia i zapewniają dużą dozę endorfin. Natomiast koronne trasy (piesza 100km, rowerowa 200km, mieszana 150km), zachowując wszelkie walory wymienionych powyżej, potrafią złamać prawie każdego kozaka (tudzież spuszczonego z łańcucha koksa), oddzielają ziarno od plewów, mężczyzn od chłopców (kobiety od dziewczynek? Tak się chyba nie mówi...). Im dłużej w terenie, tym walka o życie jest bardziej nierówna. Z dystansem, z czasem, z samym sobą, z siłami natury.


Mając mniejszą czy większą świadomość, na co się człowiek porywa, w miniony piątek Bożepole Wielkie stało się celem podróży ponad 1200 osób. Wieczorową porą, moją ulubioną, w gronie 372 oszołomów cierpiących na bezsenność i nadmiarem energii, pognałem w teren. 


Reszta, tych "normalnych", olała temat i poszła spać, by wystartować o świcie na swoich dystansach.

No dobra, mam tę mapę. Kompas w ręku. Czołówka na czole. Zapas izotonika i batoników musli, bułka z kiełbasą i rozgazowana Cola w plecaku. W sercu spokój, bo okolica wybitnie dobrze znana, a w ciągu ostatniego półrocza już 5 raz będę wałęsać się nocą po terenach między Luzinem a Lęborkiem (Jesienny Tułacz, Sukkub, Manewry SKPT, Wiosenny Tułacz). Buty porządnie zawiązane, nic nie ciśnie, nie drapie - można grzać. Grzaniu sprzyja towarzystwo Pawła i Krzysztofa, którzy znani są z tego, że mogą długo i szybko. Biegać. I dobrze celują. W punkty kontrolne. Niespodziewane, ledwo słyszalne "Start!" i czas zaczął płynąć nieubłaganie. Następne 18h to moja kolejna przydługa "chwila prawdy". Ech...


Wielu rzeczy się spodziewałem, ale tego, że będę śmigał przez tory przed nadjeżdżającym pociągiem? No niekoniecznie. To zapewne Organizator lub, co bardziej prawdopodobne, czary Członkiń Klubu Kibica sprawiły, że ów pociąg zjawił się na przejeździe przez pełną aut DK nr6 akurat w momencie, gdy zamierzała przez nią przebiec chmara wariatów. Ponieważ Klub Kibica jest ukierunkowany tylko na pewne bardzo konkretne osoby, a i szczęście sprzyja lepszym, przed pociągiem zdążyliśmy tylko my i jeszcze dwóch chartów. Reszta musiała grzecznie poczekać, podczas gdy my im po prostu uciekliśmy :)

Tytuł tej epopei jest nieprzypadkowy. "Krócej znaczy dłużej" zaczęło się sprawdzać praktycznie od razu. Bo przecież po co lecieć głównymi drogami, ale za to małym objazdem (czerwona linia na poniższej mapce), jak można skoczyć na rzeźbę i grzbietem "spaść" na PK? Co w tym momencie mieli w głowach Krzyś z Pawłem, nie wiem. Ja stwierdziłem, że "No dobra, od samego początku takie góry, ale z dobrymi Aniołami Stróżami." I pognałem z nimi. 
Dość szybko przeszła mi na to ochota, bo po raz kolejny doświadczyłem ponadprzeciętnego zawalenia suchymi gałęziami i drzewami terenów gminy Łęczyce. Tutejsi leśnicy prowadzą gospodarkę leśną bardzo intensywnie i żwawo. I lubują się tylko w porządnych pniakach. Resztę zostawiają chyba dzikom na pożarcie lub tubylcom na grilla. Niestety ani dziki ani tubylcy nie mają takiego tempa jedzenia/zbierania chrustu, więc w lesie jest najzwyczajniejszy w świecie syf.
Krzysztof metodą tarana, Paweł lewitując, sprawnie grzali grzbietem, choć raczej w tym grzaniu nie dostrzegałem jakiejś większej pewności - jak to ja, lubię wiedzieć, gdzie jestem i dlaczego nie tam, gdzie bym chciał, więc dałem spokój z tym ich grzaniem i wymyśliłem swój własny sposób na PK1. Z kompasem przed nosem uważnie po rzeźbie trawersem, potem w górę, w dół, w górę, wzdłuż płota, jakimś mokrym rowem, znów na przełaj po grzbiecie...i już - dogoniłem tramwaj czołówek, przed którym tak uciekaliśmy. PK1 podbity po 48 minutach od startu. Stanowczo niezadowolony z siebie (bo przecież mogłem tu być już jakieś 15 minut temu) musiałem nadrabiać straty.

(kliknij, by powiększyć)

Przelot nad Jezioro Lubowidzkie (PK2) bez wtopy, bezpieczny z jedną ekstrawagancją. Nie dobiegałem aż do wsi Dąbrówka, tylko wcześniej odbiłem na NW. Przecinką oraz na szagę przez łąkę i nowo powstałe działki budowlane wbiegłem na drogę łagodnym łukiem nachodzącą na PK. Miał być punkt widokowy - widać było w sumie nic. Albo tyle, na ile pozwalał snop światła latarek - nie jestem przekonany, czy akurat to autor miał na myśli. No nic, byłem z siebie wielce zadowolony, bo tempo porównywalne z czołówką. 

Ale przecież jesteśmy na imprezie "Krócej znaczy dalej". Zamiast stulić głowę i polecieć ciut na około (czerwona linia na mapce powyższej), to ja nie - autorski wariancik. Czyli Masakra nr 1. Na początku nawet poszło nieźle. Mokradła i Węgorzę (rzeczkę taką) przeskoczyłem "na sucho", potem mała wspinaczka po krzakach do torów kolejowych i darcie na S, ku wypatrzonej na mapie fajnie idącej drodze. No i to zaczęły się schody. Mało się zgadzało, a jeśli już, to niekoniecznie dało się tamtędy żwawo przemieszczać. Kolejno olewane warianty. Kolejne zachaszczone pagórki pokonywane na azymut. Kolejna przecinka porośnięta młodymi choinkami. Czas płynie szybko, ja idę wolno. Konkurencja "odjeżdżała". PK3 podbity ze stratą 50min. do prowadzących Szlamu & Rzeźby. Smuteczek.

Takie nocne rajdy to zbiór wzlotów i upadków. Gdy zawalasz temat lub obierasz zły wariant, upadasz. Gdy masz przebłyski geniuszu i mega mocy, wzlatujesz. Gdy zajadasz się kolejnymi batonikami, żelkami z Lidla - czujesz, co to szczęście!

Dążąc do bycia szczęśliwym człowiekiem, pochłonąłem kolejną porcję pożywienia i pognałem na PK4. Wariantem bezpiecznym, a zarazem najkrótszym. Po przeskoczeniu przez drogę Godętowo-Rozłazino pojawiły się pewne "nowości" w sieci leśnych ścieżek. Jedna przypasowała mi szczególnie - wygodna i szła w poprzek wszystkiego, praktycznie na sam PK. Jedyna mała histeria była tuż przed nim, bo ustawiony w potężnym wąwozie, był trudno dostępny. Tylko cicho jęknąłem widząc, co mnie czeka. Nie obyło się bez małego przedzierania się przez pozostawiony przez gospodarnych leśników syf i na prawdę króciutkiej litanii łacińskich słów. 

Dobieg na PK5 w połowie pod prąd przebytej już drogi z 1 na 2. Nie przeszkodziło to w zastosowaniu jednego głupiego skrótu, dzięki czemu znów mogłem poczuć smaganie chrustu po łydkach.

Swoją drogą zabawne, że jedyne siniaki po nocnym bieganiu ma się na tylnej części nóg. Zupełnie poważnie - miałem wrażenie, że las mnie kopie po łydach. A przecież byłem grzeczny i papierki nosiłem ze sobą.

No, to ten...przed samym PK5, zaatakowanym od północnego-zachodu, zostałem skopany po raz kolejny. Dość porządnie. I w podmokłym wąwozie. Bo mapa jakaś nie teges i w terenie trzeba było się przeczołgać ok. 300m przez dość konkretny leśny sajgon, by dostać się do krawędzi właściwego wąwozu i poetycko opisanego na mapie "meandru drogi". Kto nachodził na PK od południa, stracił sporo mniej czasu i sił (Panie Punktowe z uśmiechem wyglądały z namiotu i dzielnie machały latarką "by było ciut łatwiej, bo ponoć z tym punktem jest niezła rzeźnia").
Tu dowiedziałem się, że moje dotychczasowe cudowanie z mapą idzie mi duuuużo wolniej niż Szlamowi & Rzeźbie (2h straty), ale tak ogólnie, to całkiem spoko i jestem 29 open oraz 4 na TM, a do 3 tracę tylko kilka minut. Uśmiech Panny Punktowej i ta wiadomość podziałały lepiej niż jedzenie.

Mimo wszystko, była już 2:30, w nogach (w tyłku/w głowie/w czym chcecie) już ~32km. Pojawił się mały kryzys egzystencjalny. Trochę z lenistwa, trochę ze zmęczenia, a trochę z potrzeby interakcji z drugim człowiekiem, podbiegłem do Ramoola (Michała Bałchanowskigo) prosząc o wyciągnięcie mi bułki z plecaka. Tak się nawiązała luźna gadka i wzrosło tempo przelotu na PK6. Gadulstwo jest zgubne, to wie każdy, więc raz trza było się cofać po małej pomyłce.
Wizyta w znanym i lubianym Porzeczu, przeprawa przez Łebę (rzekę taką) i... no tak, tam jest niemalże pionowa ściana... na czworaka jakoś się człowiek wdrapał.A potem znów to samo: "Krócej znaczy dłużej". Zamiast polecieć dalej na E do drogi, to my wzdłuż krawędzi na S jakąś wydeptaną ścieżyną. Tak nam się podobała, że nie odpuściliśmy jej nawet gdy opadała w dół, do samego brzegu Łeby (tak, wiem - bez sensu wdrapywałem się wcześniej). I tak sobie trawersując dolecieliśmy pod właściwą ścianę, na szczycie której stał PK6. Kolejna, masakrycznie nurząca wbitka na górę. I Ramool gdzieś się zapodział. Drzeć się nie było sensu, więc podbiłem punkt i polazłem dalej bez niego. A szkoda, bo może bym kolejnego "gonga" nie zaliczył.


(kliknij, by powiększyć)

Ale zaliczyłem. Coś mi się tam w głowie nie poskładało i ze wsi Rzepecka wbiłem się nie tam gdzie chciałem. Planowałem polecieć na północ pierwszą z trzech mniej więcej równolegle idących dróg. Poleciałem drugą, choć to trzecia była najszersza i najwygodniejsza. 
Znów zero refleksji. Że to Harpagan. Że to trzeba autostradami gnać na złamanie karku. Nie pakować się w jakieś dziury, nawet jeśli to krótszy wariant. 
Efekt? Masakra nr 2. Darłem przez las czymś w rodzaju rowu, lekko zawalonego gałęziami. Byłoby spoko, gdyby nie urwał się nagle. Gdzieś w środku niczego. Of course, gęsto porośniętego, słabo przebieżnego. Znów azymut na N, przeciskanie się. Totalnie bez sensu. Jakoś się wygrzebałem, ale nie na długo. Idąc po rzeźbie, jakimś takim jakby ubłoconym korytarzem  (po nałożeniu tracka na mapę okazało się, że to jednak była droga :P) prawie dobiłem się do głównej drogi. Prawie, bo ona w dolinie, a ja na grzbiecie. Który właśnie się skończył i na 3 strony świata elegancki stok. Tak ze 60% nachylenia. Podośnięty iglakami. Marne szanse (i żadnych chęci), by tam się wtarabaniać. Podkulony ogon, nawrót ok 500m i mozolne parcie na E, na azymut do drogi. 
Kolejne 20minut w plecy i ubytek cennych sił. Mrok nocy odpłynął w przeszłość, zrobiła się szarówka. Wstawał kolejny piękny dzień, a ja podbiłem PK7.

Wyłączyłem tryb "fighter", włączyłem odtwarzacz mp3. Żeby sobie pośpiewać, obudzić się nieco, podreperować ego. Drepcząc żwawo, doładowałem żywieniowe konto. Zobaczyłem dwie biegnące sarenki i zachwyciłem się nad światem. Znów próbowałem rozbujać się do biegu, truchtu przynajmniej. Spotkałem też Transformersa i wyraziłem garść opinii swych na tematy różne.



W super tajnym miejscu przeprawiłem się suchą nogą przez Łebę (ach te wspomnienia z rajdów, gdy nieświadom niczego, musiałem przeprawiać się wpław...) i rozpocząłem ostatni Atak Punktowy na biegowej pętli trasy mej mieszanej. 
Ów teren znam dość dobrze z poprzednich startów. Kojarzę, gdzie nie warto się ładować, chcąc dość szybko przemieścić się wschód-zachód czy północ-południe. Niestety, od ostatniej wizyty trochę się pozmieniało. 

"Już był w ogródku. Już witał się z gąską". Już stałem na grzbiecie i spoglądałem na autostradkę biegnącą ku Jeleniej Górze (wzniesieniu takim) i PK8 usytuowanym na niej... co zobaczyłem, to zobaczyłem. W każdym razie skłoniło mnie to do wykonania profilaktycznego "objazdu" i Masakry nr 3. To, po czym się przemieszczałem:



Domyślacie się zapewne, że pierwotny zamysł nie wypalił, bo zalegało tam sporo więcej "chrustu". Znów duma w kieszeń, znów pokorne kombinowanie. Przeprawa na kolejne grzbiety w drodze na Jelenią. Tam już bez emocji, lekko zrezygnowany.  7:33 - od pół godziny powinienem już "palić wrotki" na rowerze.



Zbiegając do cywilizacji mijam się z wyspanymi "świeżynkami" z TP50, w tym z TJem żwawo turlającym się na czwartej pozycji (ostatecznie skończył jako 10, Łukaszowi Żmiejko dołożył prawie godzinę, czym wygrał zakład i talon na start w Czarnej Cobrze 2014. Mega szacun!).



Na przepaku byłem prawie 1,5h - teraz tego zupełnie nie rozumiem, bo przecież trzeba było ekspresowo przebrać się na rower, doładować bukłak, zapasy żarcia i grzać na trasę. No nic, nakarmienie takiego "odkurzacza", jak ja, trochę trwa. Mocna zamuła przy wymyślaniu przelotu rowerowego i tak to jakoś zeszło.



Ale potem już pełen gaz! Pierwsze metry na ukochanym rowerze i już pełna euforia, nowe siły i wiara w sukces! No dobra, tak na prawdę to mi się mega nie chciało ;)

Wybrałem wariant trasy wschodni (mapa na końcu wpisu). Rozpoczynając od PK20, planowałem uderzyć potem po kolei: 12-18-15-17-11-19-9-14-13-10-16-meta. Spojrzawszy na zegarek odpuściłem 12 i postanowiłem powalczyć tylko o te najwyżej punktowane PK od 15 do 20. Jak to wyszło w praktyce, widać na poniżej zalinkowanej mapce.

Bardzo ciekawym doświadczeniem jest podróżowanie za dnia po terenie świetnie znanym tylko z nocnych eskapad. Co chwilę nowe "Och! Ach! To tak to wygląda". Śmiesznie.
Przestawienie się z mapy 1:50k na skalę 1:100k zajęło chwil parę. Popełniane błędy nie bolały aż tak mocno, bo wiadomo - na rowerze milej, szybciej i wygodniej.
Zachwyt nad światem absolutny! Na punkcie widokowym były widoki, nad brzegiem jeziora było jezioro... doprawdy przedziwne!



Różne cuda.

Wszystko zadziało się dużo szybciej. Wiatr smagał niemiłosiernie, przed PK19 nawet trafiło się nieco drobnego gradu. Ale generalnie pogoda była nadspodziewanie OK. Opadowe prognozy nie sprawdziły się. 
Ciekawe przeżycie wiązało się z PK 18. Na mapie umiejscowiony w północnym rogu szkółki leśnej znajdującej się na rozleglejszym, ogrodzonym terenie. Czyli co, trzeba to ogrodzenie sforsować. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Konstrukcja solidna, opatrzona tabliczkami "Wstęp wzbroniony". Coś jak wojskowe tereny w głębi lasu. Na mapie były oznaczone 3 bramy. Północna, wschodnia i południowa. Miałem pecha, bo północną bramę atakowałem na końcu. Pocałowałem klamkę dwóch pozostałych, tracąc ponad kwadrans na dyganie wzdłuż płota, na około. A tymczasem na PK impreza. Sporo rowerzystów na popasie, atmosfera pikniku.

Przeloty na dalsze punkty bez szczególnych historii. Mp3 na uszach podawała odpowiedni rytm, regularnie "dosypywane do pieca" porcje kalorii pozwalały utrzymywać odpowiednie tempo. Na podjazdach łykałem kolejnych rowerzystów bez mrugnięcia okiem. Na zjazdach i po płaskim Epic szedł jak szatan. Szybko! Najsłabszym ogniwem w tym całym zestawie byłem ja sam, a konkretnie moja amatorszczyzna w czytaniu mapy 1:100k. Stanowczo zbyt wiele czasu poświęcałem "lekturze", co przełożyło się na nienajlepsze warianty i czasy przelotów między PK. 

Na ślicznym punkcie nr 19 (Jezioro Choczewo) znalazłem się na 2h 05min przed limitem. Włos (ów nieliczny, acz prześliczny) zjeżył się na głowie, bo żeby znaleźć się w bazie, musiałem "przewinąć" całą mapę - na oko 21km w linii prostej, ze 30km po wariantach. Trzeba było mocno spiąć poślady i rwać do domu. Zamieniłem jeszcze kilka słów z Jarkiem Klucznikiem, którego ostatni raz widziałem z rodziną w sierpniu w Szczawnicy, gdy pełnym gazem zjeżdżaliśmy do mety IV etapu TransCarpathian Delirium Ultimate (www.facebook.com/TDU13) - kaaaawał czasu temu. 



No nic, pogadali i polecieli. Nie miałem złudzeń - tego dnia już o nic więcej nie powalczę. Po prostu za wszelką cenę muszę zdążyć do bazy przed limitem, żeby nie stracić całego dorobku. Darłem przed siebie tak mocno, że będąc w okolicy PK16 postanowiłem zaryzykować i go podbić. Aha, w całym tym "darciu" znalazła się chwila na mały materiał filmowy z dedykacją dla Klubu Kibica Kawalera Wieczorową Porą.



I spotkałem cudnej urody młodego warchlaczka. Dreptał sobie dróżką. Locha pewnie w krzakach buszowała, więc nie gadałem z nim zbyt długo.

Plan zdobycia PK16 udał się prawie idealnie. Bez większych sensacji, sprawnie wjechałem na punkt i o 14:32 go podbiłem. Mały cyrk się zrobił przy próbie powrotu. Chciałem wydostać się z tamtego rejonu dokładnie tak, jak się tam znalazłem. Ale jak kto się spieszy, to się diabeł cieszy - pochrzaniłem to i owo, zaliczyłem jedno błoto z drugim...a czas pędził nieubłaganie. 

Koniec końców, tak trochę podpatrzoną na GEZnO 2013 "metodą Ćwidaka" - czyli "mniej więcej w tamtym kierunku, aż będzie coś charakterystycznego", wydostałem się na szosę, znalazłem właściwy dukt do Bożegopola i dzida! Pełnym gazem przefrunąłem do mety...i ta niepewność, czy zdążyłem przed 15:00. Niestety, przyjechałem o 15:04:24, czyli straciłem punkty wagowe zdobyte na PK16.



Trudno, przynajmniej zawalczyłem. Tylko w sercu mały wyrzut za te 4 minuty (mniej o jedno sikanie/jedzenie banana/kombinowanie z mapą/kręcenie widoków i by było OK).

Gdybym miał pół godziny więcej, prawdopodobnie zdążyłbym jeszcze podbić PK17, a to już byłby bardzo solidny wynik.

Gdyby, gdyby, gdyby... gdyby babcia miała wąsy... jest to, co jest. Kolejna ciężka lekcja pokory. Czyli tego, co najistotniejsze w startach długodystansowych. Bo tylko będąc pokornym można dotrzeć do mety cało i zdrowo. Do zwycięstwa potrzebne jest jeszcze szczęście. A to sprzyja lepszym.

Bieganie bieganiem, jazda jazdą. Ale Harpagan jest jak dobre party w Sopocie. Jest before i after :) "Odgruzowany" po trasie, umyty i nakarmiony, człowiek zapomina o wszystkim co złe, zatapiając się w tym wielkim uśmiechniętym towarzystwie pozytywnych wariatów. Niekończące się rozmowy o minionych godzinach, analiza przebiegów, wymiana spostrzeżeń, ciekawostek, wygrzewanie się w słoneczku... - to bardzo miła część tego wydarzenia.

A wieczorem dekoracyjny maraton.



Warto było dotrwać i móc oklaskiwać mega koksów spuszczonych z łańcucha, Człowieka Szlama & Człowieka Rzeźbę (lubującego się w autystycznej formie wyrażania radości)

"Do dwóch razy sztuka" - tak mówiłem przed weekendem. 
"Do trzech razy sztuka" - tak będę mówił do godz. 21:00, 16 października 2014r, gdy w Lipuszu, po raz trzeci wezmę tego byka za rogi. Na pewno będę silniejszy, bardziej doświadczony. Czy to wystarczy, by zdobyć kolejne trofeum z literą H? Oby!

See U, next time!

P.S. Ciekawe, co na to wszystko by powiedziała owa zapracowana blondynka, tak dzielnie czyniąca dobro pewnemu panu w leśnych okolicznościach przyrody w aucie o zaparowanych szybach...


Statystyki:


Etap pieszy: 
                                62.4
                     1184
                     1182
 11:09:47
 5.78



Etap rowerowy: 
                                75.1
                      614
                      613
 5:41:12
13.7



Mapy przelotów oraz wyniki:


wtorek, 17 grudnia 2013

Kawaler w Trującym Bluszczu - XXXVIII NMnO Darżlub

Wygrałem! Z "Trującego Bluszczu" pięknie się wygrzebałem. Było to w Łubianie, tydzień temu. Nie ma co gadać, zapraszam do oglądania:





Statystyki:

Trasa Zaawansowana: 
                                23.82
                     126
                     126
 7:37:51
 3.35

niedziela, 11 sierpnia 2013

Bo piękne rzeczy warto robić wielokrotnie - Sudety MTB Challenge 2013


W tym roku jedziemy absolutnie wszystko! Trzecia etapówka. Trzecia meta. Trasa praktycznie ta sama, co w zeszłym roku. Za to osiągi o prawie 25% lepsze.


Rozjeżdżenie w górach, mocniejsza łyda i szybszy rower dopomogły. Pogoda żywcem z Afryki. Międzynarodowe towarzystwo niezwykle sympatyczne. Holendrzy nauczyli się pić Radlery. Żyć nie umierać!
 


I nawet mnie widać! ;)

A panny masażystki z Synergii...

niedziela, 14 lipca 2013

Kryształowe zdobycze na Bike Adventure 2013


Do tej pory nie wiem jak to się stało. Ale się stało. Zdobyliśmy z Marcinem drugie miejsce w generalce Ritchey Bike Adventure w klasyfikacji Par Pro.



Bardzo fajna czterodniówka w okolicy Jeleniej Góry. W porównaniu z czerwcowym MTB Trophy taka trochę bułka z masłem. Choć nie do końca łatwostrawna - ulewy nas nie oszczędziły. Trasy ułożone tak, by trzeba było się mocno namęczyć, ale niekoniecznie walczyć o życie - bardzo duży plus dla organizatorów!

Panoramy w Izerach rozkochały w sobie bez pamięci. Trzeba tu wrócić koniecznie!


niedziela, 9 czerwca 2013

Droga przez piekło - Beskidy MTB Trophy 2013

Uuuuaaaa... boli. Ciało boli, dusza boli, rower boli. To była istna rzeź. To tak w skrócie o MTB Trophy. 


Pogoda stwierdziła, że zapoda nieco listopada. Ledwo 7st. Celsjusza, ulewy, podwiewający wiatr. Najtrudniej EVER! Tym większa satysfacja z mety i Finishera :)


Video zwyczajowo na wypasie. Choć do tej pory nie wiem, gdzie oni dograli te wszystkie scenki słoneczne tudzież bezdeszczowe ;)

czwartek, 21 marca 2013

Szefowa Klubu Kibica Kawalera Wieczorową Porą pisze:

Miniony weekend, jak się okazuje, nie tylko dla mnie pełen był mocnych wrażeń i nowych doznań. Miłościwie Mi Panująca Urszulka, Przewodnicząca Klubu Kibica Kawalera Wieczorową, przelała na klawiaturę swoje emocje - zazwyczaj tak skrzętnie skrywane:

http://fongraf.blogspot.com/2013/03/wieczorowa-pora-kawaler.html


Gorąco polecam!

Kawaler



EDIT 7.04.2013 :

Przewodnicząca się rozkręca - po śnieżnej masakrze na "Wiosennym Tułaczu" do sieci trafiło Jej pierwsze wideo :)



wtorek, 19 marca 2013

XXXIX Manewry SKPT retrospektywnie czyli jak przechytrzyłem Bukę

…Miało być krótko, zwięźle i na temat. Wyszło jak zwykle – ot taki ze mnie Mickiewicz z Mickiewicza… „Manewry” zwyczajowo rozpoczęły się dużo wcześniej – od gorączki zapisów. 27.02 o godz. 20:00, gdy został uruchomiony formularz zapisów, setki ludzi przed komputerami próbowało zdobyć miejsce na jednej z tras. O 20:00:44 zakończyłem rejestrację – dostałem numer 88 na liście, jeden z ostatnich na trasie Zaawansowanej. Kilka minut później było już po wszystkim. 360 miejsc rozeszło się w rekordowym czasie. Niesamowite!
Na swój sposób, „Manewry” rozpoczęły się również pewnej marcowej niedzieli, gdy o poranku zadzwonił tel. od Bogusia z prośbą o pomoc we wrzuceniu przez okno kanapy do mieszkania na parterze. Tak poznałem Szefową Klubu Kibica :)
To był mój dwunasty start w imprezie SKPT. W zamyśle miał być wyjątkowy – chciałem wygrać :) Uwielbiam nocną włóczęgę z mapą, jednak zawsze gdzieś z tyłu głowy tłukła się myśl, że czas najwyższy nie zgubić się i „wyzerować” trasę. Ot, taka ambicja. Jak dotąd zawsze brakowało paru minut, żeby zgarnąć wszytkie PK. Pozostawał cień niedosytu, który każdorazowo motywował bardziej i bardziej. Teraz miało być inaczej – dobrze przepracowana treningowa zima miała sprawić, że tym razem tych minut nie zabraknie.
„Podium albo szpital” zakrzyknąłem radośnie, ale zupełnie poważnie :)

Poranne ogłoszenie miejsca startu w Sierakowicach, pakowanie niezbędnego ekwipunku, gorączkowe poszukiwania batonów musli w Biedronce, głos nawigującego Hołowczyca, który miał problemy ( w lewo…zawróć w lewo… ) ze skomplikowaną siecią dróg w Kartuzach… tak dotarliśmy do bazy. Ja z Klubem Kibica pod postacią Urszuli z Łukaszem.
Każdy zajął się swoimi sprawami. Klub Kibica został przejęty przez Małą Mi Jolę, ogarniał sprawy bieżące i szykował się do wypuszczania ludzi na trasę, ja znalazłem cichy kąt przygotowując się do startu. Jak zwykle wszystko czasowo na styk.

Wybiła godzina „zero”. 9 minuta startowa. Tym razem nie było wybierania koloru pigułek ( Matrix na Darżlubie 2012 ). Po prostu dostałem mapę trasy Z i błogosławieństwo Klubu Kibica. Wyruszyłem dopiero po 10 minutach, bo przecież trzeba było jeszcze „uszczelnić” buty siatkami z Biedronki :)
Szybki rzut oka na mapę okolic Sierakowic dał nadzieję, że nie będzie jakoś przesadnie trudno. Nadchodząca noc dobitnie pokazała, jakże złudne było to uczucie… nie tylko moje, ale każdego startującego… BUKA nie zamierzała dać się przechytrzyć.

PK1 

Wczesna minuta startowa sprawiła, że na trasę wyruszyłem przed zapadnięciem nocy. Przewidując, że leśne dukty w pobliżu miejscowości są dobrze utrzymane, zdecydowałem się zaatakować PK1 od S. Rozgrzewkowym truchtem udałem się w kierunku PK. Teren zgadzał się z mapą, więc po kilkunastu minutach dotarłem nad zamarznięte bagienko i mogłem już „czesać” okolice PK. Lampion postawiony na jednej z kilku grobli próbowałem potwierdzić również od N, biorąc za punkt odniesienia rzekę. Próby spełzły na niczym, bo był problem z namierzeniem Czarnej Wody, która zniknęła pod lodem i śniegiem. Byłem pewny, że ukryła ją BUKA. Nie miałem wyjścia – nie chcąc tracić cennego czasu zaufałem wyliczeniom, spisałem IA. Był OK :) Niewiele myśląc pognałem na PK2.

PK2


Wybrałem chyba jedyny słuszny wariant czyli droga na SE i łapanie przecinki zmierzającej w bezpośrednie sąsiedztwo PK.
Już wtedy było pewne, że te Manewry będą najtrudniejszym startem EVER. Śnieg przykrył absolutnie wszystkie „niespodzianki”. Dziury, jakieś poprzeczne rowy, korzenie, zwalone pnie… odkrywałem empirycznie zapadając się w śniegu.
Tempo słabe, krok krótki więc i przeliczanie odległości utrudnione. Mapa od biedy zgadzała się z terenem, co dawało jakieś poczucie bezpieczeństwa.
Tak podbiegając, potykając się, co raz to wywracając w kopnym śniegu dotarłem do miejsca, z którego obrałem kurs na E, a odmierzając odległość prawie idealnie wlazłem na PK ustawiony w dołku. Zaraz obok była górka, a na niej kolejny lampion.
Mapa niewyraźna, trzeba było coś wybrać. Wziąłem górkę. Jak się okazało na mecie – błędnie.

PK3

Po własnych śladach wracam przecinką do drogi, a nią już biegiem na NE. Podkręciłem tempo, bo plan zrobienia trasy „na zero” jeszcze wydawał się dość realny.
Po kilku minutach wydostałem się na otwarte pole. Tu już specjalnie się nie szczypałem. Częściowo ścieżką, częściowo na przełaj przez kolejne wzniesienia i pola pognałem na N ku widniejącej drodze z kapliczką.
Kapliczka, jako punkt odniesienia, sprawdziła się doskonale i już po paru chwilach mogłem oglądać pnie drzew w poszukiwaniu chytrze ukrytego PK3.
Docieram na miejsce, a PK brak. Korekty, poprawki. Wciąż nic. Po dobrym kwadransie odnajduję lampion. Wiem, że to stowarzysz.
Właściwy lampion nie dał się odnaleźć. Mówi się trudno… i gna dalej. Na PK4.

PK4

Minęły już ponad 2h od startu. Trzeba będzie naprawdę mocno napierać, by zdążyć do mety na czas. Będąc dobrej myśli obrałem kurs na PK4.
Wydawało się, że nic prostszego – ot 2,5km całkiem łatwym wariantem. Jednak warunki na tym odcinku były chyba najtrudniejsze na całej trasie.
Mozolne przedzieranie się po kolana w śniegu przecinką zawaloną gałęziami, szczątkami drzew… odcinek ciągnął się w nieskończoność, ale w końcu umordowany dotarłem w pobliże PK4.
Okolica średnio zgadzała mi się z mapą, a ja miałem już dość tej przecinki, więc poleciałem na przełaj na N, by odnaleźć drogę. Na szczęście była.
Mogłem złapać azymut na PK i bez przygód odnalazłem lampion. Z innych stron dotarły ekipy startujące tuż przede mną. Ów lampion wszystkim odpowiadał, więc spisałem go nie szukając innych.

PK5 i 6

Powróciłem do drogi i pognałem na N starając się zwiększyć tempo przelotu na PK5, który wyglądał dość groźnie. Bezproblemowo dotarłem do asfaltu i odpowiedniego skrzyżowania z drogą pożarową. Już bez dziur i zwalonych drzew.
PK5 nie wyglądał za ciekawie, więc zachowawczo nadłożyłem drogi, by najść na niego z pewniejszego kierunku. Wiązało się to z dość konkretną wspinaczką ( momentami na kolanach, podciągając się na kolejnych drzewach ), ale idąc po rzeźbie miałem 100% pewności, gdzie jestem.
Mimo to, PK nie było tam, gdzie się spodziewałem. Okolicę „czesało” już kilka ekip.
Jako, że PK6 to ognisko, a ja głodny, porzuciłem dalsze ganianie po tym stromym zboczu. Wgramoliłem się na wypłaszczenie spodziewając się znaleźć stowarzysza. Lampion był. Kod NI.
Z mapy wynikało, że to nie jest właściwy PK. W bazie okazało się, że jednak był dobry – w czasie obróbki mapy oznaczenie nieznacznie przesunęło się, a ja miałem zwyczajnego farta spisując ów kod.
4h 11min od startu, na przełaj przez pole docieram na ognisko. Stop czas. Można odetchnąć. Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jestem już zmęczony i w jak niskiej temperaturze przyszło nam dziś ganiać po lesie. Trasa po liniach prostych miała mieć ok.14km. Ja już w nogach miałem 14,9km…
Zdeterminowany w swoim działaniu Klub Kibica również dotarł na miejsce :) Oni tego wieczoru też przeżywali swoje przygody, o których będą mogli później opowiadać z uśmiechem.
Z relacji świadków wynika, że to prawdziwy cud, że służbowe EVO przeżyło rajd z bazy na ognisko bezawaryjnie i w jednym kawałku. Nawigowanie według naprędce namazanej mapki, rekordy prędkości po dziurawych drogach dojazdowych do ogniska, przełamywanie strachu przed nocnymi eskapadami do lasu… działo się!
Pojedli, popili, pogadali, pośpiewali… trzeba było gnać dalej. Jeszcze tylko szybki SMS z raportem z trasy i prośbą o wsparcie u Tej, Która Jest Najskuteczniejsza.

PK7

Pierwsze uczucie: zaraz zamarznę. Dygocząc zmusiłem się do biegu, żeby się rozgrzać. Bliskość jeziora, otwarta przestrzeń, wzmagały poczucie chłodu. Księżyc już zaszedł, ale niebo wciąż gwiaździste i bezchmnurne – PIĘKNE!
PK7 był niedaleko. Prosta nawigacja brzegiem jeziora, wybór odpowiedniego miejsca na namierzenie PK, krótka wspinaczka i PK7 zdobyty. Czujność nakazała jeszcze sprawdzić, czy wszystko jest OK.
Za każdym razem na trasie zdarzało mi się popełniać błędy. Czasem ich przyczyną był szwankujący sprzęt. Tak było i tym razem.Kompas „zawiesił się” i dzięki temu z PK7 poszedłem na N myśląc, że zgodnie z planem idę na S.
Kilka łacińskich słów poleciało w przestrzeń, gdy się zorientowałem, że będę musiał ponownie

PK8

wbijać się na tę dość konkretną górkę… zamiast jednak wracać się tą samą drogą, wybrałem „lżejszą” opcję dotarcia na PK8.
Ten błąd kosztował mnie ok. 20 minut. Zacząłem poważnie się obawiać, czy zmieszczę się w limicie.
„Podium albo szpital!” – tak mówiłem przed startem. Teraz nie zamierzałem się łatwo poddać.
Ekspresowa wspinaczka na grzbiet w jego najniższym punkcie, złapanie odpowiednich dróg na SE i po kwadransie podążałem wzdłuż granicy lasu dokładnie odmierzając odległość dzielącą mnie od konkretnego dołka z lampionem PK8.
Bezproblemowy, łatwy punkt.
Po takiej zdobyczy nie pozostało nic, jak w tempie możliwie ekspresowym znaleźć się na PK9.

PK9

Nie zważając na nic, obrałem azymut na punkt, w którym było charakterystyczne COŚ. W sumie to nie miałem pojęcia, co oznacza owa sygnatura. Domyśliłem się jedynie, że na pewno to miejsce trudno przeoczyć. I faktycznie tak było.
Poganiany przez wściekłą gromadę psów, sprawnie dotarłem „do kółeczka” PK9. Cóż z tego, skoro bezpośrednie sąsiedztwo to gęsty młody las. Strumień, w którego kolanie miał stać PK, zamarzł i przysypał go śnieg. Znów BUKA dała znać o sobie.
Odkryłem go zupełnym przypadkiem. Lód załamał się pode mną i wpadłem po udo do wody. Dzięki temu dotarłem we właściwe miejsce i znalazłem chytrze powieszony lampion. W tych warunkach miejsce totalnie niecharakterystyczne.
Pić mi się chce – ale woda w wężu zamarzła. Nie ma czasu na ściąganie plecaka, odkręcanie, rozłupywanie lodu i naprawianie tego wszystkiego.

PK10

Wykorzystując dziurę w gęstwinie i bieg tego czegoś, co ciekiem wodnym nazwać można, próbowałem gnać na SW. Skurcze łapały przy każdym mocniejszym szarpnięciu. „Ostrożnie, byle nie przegiąć.” – mówiłem w duchu.
Docierając do granicy kultur obrałem kierunek południowy, by wydostać się z lasu. W oddali zamajaczyły zabudowania, na mapie zasłonięte przez Muminki. Jednak można było namierzyć się na widoczny poniżej przepust/mostek. Trochę na około, pod oknami chałup przemknąłem w jego kierunku.
Tu, zapewne dzięki BUCE, nieco pomyliłem kierunki, konieczny replay w namierzaniu się.
Bezpiecznie, wzdłuż ściany lasu (oczywiście musiał tam się znaleźć spróchniały płot do nikąd, przez który człowiek musiał przełazić 3 razy )odnalazłem rów/wąwóz, który zakręcając i wpadając w las stanowił miejsce postawienia PK10.
Zmogło mnie – demontuję przewód, żeby się napić i przy okazji coś zjeść.

PK11

Teraz już naprawdę skończyły się żarty – według moich pobieżnych wyliczeń do końca limitu pozostało 70minut. A PK11 zapowiadał się konkretnie.
Teren znów był zgodny z mapą, pod nogami żadnych kłód, dziur itp. – można cisnąć.
Z rozpędu zignorowałem dość istotne skrzyżowanie, na szczęście dość spostrzegłem swój błąd i zawróciłem. Dotarcie w okolice PK11 to już kombinacja azymutu i dostępnej drożni.
Wyłapałem moment, w którym tory kolejowe prostują się ku południu. Z tego miejsca, całkiem wygodną przesieką, udałem się na W i na tyłku zjechałem po zboczu do ledwo widocznej granicy kultur.
Smutny spojrzałem na pozostałości po mocowaniu drugiej latarki, po czym dwa drzewa dalej ujrzałem lampion PK11 – lampion Funta (kod £| ). Fart!

PK12

„Gnać do mety, czy jeszcze spróbować PK12? Tak, żeby nawet wpadnięcie „w tłuste minuty”, z których każda kosztuje 10pkt karnych, nie zepsuło dotychczasowego wyniku”.
„No risk – no fun”. Zamiast po torach prosto do bazy, poleciałem wzdłuż przepastnego wąwozu na PK12. Na szczęście rzeźba terenu była bardzo charakterystyczna i wyprowadziła mnie do drogi, a nią na straj lasu. Z tego miejsca w zasadzie można było lecieć „na szagę”. Tyle, że po drodze stały chałupy – nie ryzykując kolejnego spotkania z Azorami, obiegłem to wkoło.
Kępa z PK12 była widoczna z oddali. Błyskawiczne podbicie karty startowej i absolutny sprint do mety – na tyle, na ile siły pozwalały. A tych nie było już zbyt wiele. BUKA nie chciała odpuścić do samego końca, próbując mylić kierunki.

Podsumowanie

2:26 – meta. Dystans 26,21km. Kompletnie wypruty z życia. Trasa wyczyszczona. Na swoją korzyść pomyliłem się w obliczeniach czasu – dotarłem z zapasem aż 21 minut limitu spóźnień. Euforia wypiera zmęczenie. Oczy się świecą, chce się żyć – BUKA przechytrzona!
Klub Kibica już jest ze mną. Gratulują, podziwiają… a ja przecież tylko wróciłem z przebieżki po lesie. Fakt, 7h29min to taki dość długotrwały „jogging”. Ale to tylko ciekawy sposób na spędzenie sobotniej nocy. Trochę inny niż zwyczajowy sopocki imprezowy, czasem nietrzeźwy…
Ciepły prysznic, pyszna grochówka/fasolowa, niezliczone pogawędki z powróconymi z lasu znajomymi. U wszystkich te same spojrzenia pełne zmęczenia, ale i satysfakcji. Każdy z nich przeżył ostatnie godziny na swój sposób. Nierzadko gubiąc się, upadając… każdy miał kilka chwil dla siebie, na przeróżne przemyślenia. Miał okazję zmierzyć się ze swoimi słabościami … i BUKĄ. Wszyscy wrócili. To dobrze :)
Krótka refleksja. To był faktycznie najtrudniejszy start w moim życiu. Natura pod postacią BUKI pokazała lwi pazur. Każdy PK był okupiony sporym wysiłkiem. Po całkiem nieźle, jak na mnie, przepracowanej zimie spodziewałem się raczej, że prędzej umrę z wysiłku psychicznego ślęcząc nad mapą, niż padnę kondycyjnie. Skurcze dogryzały mocno. Zamarznięte napoje w plecaku – to również była niespodziewana nowość. Przestałem się temu dziwić, gdy dowiedziałem się, że w nocy było -8°C, a któryś ze współwłóczykijów zmierzył w okolicy jezior nawet -16°C.
Nawigacyjnie było chyba ciut łatwiej niż zazwyczaj. Prócz jednej przygody z powodu „zwiechy” kompasu, ani razu nie zgubiłem się kompletnie, jak to się czasem zdarzało na imprezach SKPT :)
I wreszcie ktoś mnie zaczepia. Są wyniki. Wygrałem. Pierwszy raz w życiu. Przechytrzyłem BUKĘ!
Tak, ja – Kawaler Wieczorową Porą.


A Klub Kibica jest The Best! :)






Statystyki:

Trasa Zaawansowana: 
                                26.1
                     321
                     319
 8:29:03
3.08