poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Krócej znaczy dłużej" - Harpagan 47 i nauka pokory. Kolejna.

Kolejny krok milowy Planu Rocznego został poczyniony. Meta ERnO Harpagan 47, cało i zdrowo. 

Wyznając zasadę "wszystko albo nic", nie poruszam kwestii wyniku - tytułu nie zdobyłem, więc temat uważam za nieistotny (Miejsce 7/30, punkty 67/80, minus 5 minut spóźnienia). Na tym polu wykazali się koledzy z SKPT - Człowiek Szlam (Krzyś Nowak) i Człowiek Rzeźba (Paweł Ćwidak). Krzysztof "rozpruł" konkurencję wygrywając w świetnym stylu koronną trasę TP100 (12h 56min). Paweł uzupełnił grono na podium tejże, a jego czas przejścia, 15h 18min, dobitnie udowadnia, że chłopak poczucie humoru jednak ma i to spore. Jego spokojne, nieco smutno brzmiące przedstartowe "Czuję, że nie jestem jeszcze gotów na takie dystanse" było niezwykle przejmujące. Byłem gotów oddać pół miski makaronu, byleby tylko jakoś podnieść go na duchu.

W tym roku wszystko podporządkowane jest jednemu - Biegowi Rzeźnika w Bieszczadach. Jego ukończenie, w możliwie dobrym stylu, siedzi w mej skąpo owłosionej (ale za to super dorodnymi sztukami!) łepetynie od dawna. H47 to przystanek w długiej drodze. Papierek lakmusowy aktualnego stanu przygotowania. Przegląd techniczny organizmu. Jego wydolności, poprawności pracy stawów i mięśni. Odporności na niespodzianki, które zmęczony umysł potrafi zafundować w najmniej odpowiednim momencie - każdy długodystansowiec doskonale wie, że gdy głowa mówi: "Gościu! To już kres twych możliwości!", to właśnie jest ten moment, gdy należy przyspieszyć i napierać dalej.

Wbrew temu, co media promujące aktywność wszelaką mówią w TV czy piszą w internecie, imprezy typu Harpagan niszczą system! Krótsze dystanse faktycznie stanowią miłe urozmaicenie ciężkiego życia i zapewniają dużą dozę endorfin. Natomiast koronne trasy (piesza 100km, rowerowa 200km, mieszana 150km), zachowując wszelkie walory wymienionych powyżej, potrafią złamać prawie każdego kozaka (tudzież spuszczonego z łańcucha koksa), oddzielają ziarno od plewów, mężczyzn od chłopców (kobiety od dziewczynek? Tak się chyba nie mówi...). Im dłużej w terenie, tym walka o życie jest bardziej nierówna. Z dystansem, z czasem, z samym sobą, z siłami natury.


Mając mniejszą czy większą świadomość, na co się człowiek porywa, w miniony piątek Bożepole Wielkie stało się celem podróży ponad 1200 osób. Wieczorową porą, moją ulubioną, w gronie 372 oszołomów cierpiących na bezsenność i nadmiarem energii, pognałem w teren. 


Reszta, tych "normalnych", olała temat i poszła spać, by wystartować o świcie na swoich dystansach.

No dobra, mam tę mapę. Kompas w ręku. Czołówka na czole. Zapas izotonika i batoników musli, bułka z kiełbasą i rozgazowana Cola w plecaku. W sercu spokój, bo okolica wybitnie dobrze znana, a w ciągu ostatniego półrocza już 5 raz będę wałęsać się nocą po terenach między Luzinem a Lęborkiem (Jesienny Tułacz, Sukkub, Manewry SKPT, Wiosenny Tułacz). Buty porządnie zawiązane, nic nie ciśnie, nie drapie - można grzać. Grzaniu sprzyja towarzystwo Pawła i Krzysztofa, którzy znani są z tego, że mogą długo i szybko. Biegać. I dobrze celują. W punkty kontrolne. Niespodziewane, ledwo słyszalne "Start!" i czas zaczął płynąć nieubłaganie. Następne 18h to moja kolejna przydługa "chwila prawdy". Ech...


Wielu rzeczy się spodziewałem, ale tego, że będę śmigał przez tory przed nadjeżdżającym pociągiem? No niekoniecznie. To zapewne Organizator lub, co bardziej prawdopodobne, czary Członkiń Klubu Kibica sprawiły, że ów pociąg zjawił się na przejeździe przez pełną aut DK nr6 akurat w momencie, gdy zamierzała przez nią przebiec chmara wariatów. Ponieważ Klub Kibica jest ukierunkowany tylko na pewne bardzo konkretne osoby, a i szczęście sprzyja lepszym, przed pociągiem zdążyliśmy tylko my i jeszcze dwóch chartów. Reszta musiała grzecznie poczekać, podczas gdy my im po prostu uciekliśmy :)

Tytuł tej epopei jest nieprzypadkowy. "Krócej znaczy dłużej" zaczęło się sprawdzać praktycznie od razu. Bo przecież po co lecieć głównymi drogami, ale za to małym objazdem (czerwona linia na poniższej mapce), jak można skoczyć na rzeźbę i grzbietem "spaść" na PK? Co w tym momencie mieli w głowach Krzyś z Pawłem, nie wiem. Ja stwierdziłem, że "No dobra, od samego początku takie góry, ale z dobrymi Aniołami Stróżami." I pognałem z nimi. 
Dość szybko przeszła mi na to ochota, bo po raz kolejny doświadczyłem ponadprzeciętnego zawalenia suchymi gałęziami i drzewami terenów gminy Łęczyce. Tutejsi leśnicy prowadzą gospodarkę leśną bardzo intensywnie i żwawo. I lubują się tylko w porządnych pniakach. Resztę zostawiają chyba dzikom na pożarcie lub tubylcom na grilla. Niestety ani dziki ani tubylcy nie mają takiego tempa jedzenia/zbierania chrustu, więc w lesie jest najzwyczajniejszy w świecie syf.
Krzysztof metodą tarana, Paweł lewitując, sprawnie grzali grzbietem, choć raczej w tym grzaniu nie dostrzegałem jakiejś większej pewności - jak to ja, lubię wiedzieć, gdzie jestem i dlaczego nie tam, gdzie bym chciał, więc dałem spokój z tym ich grzaniem i wymyśliłem swój własny sposób na PK1. Z kompasem przed nosem uważnie po rzeźbie trawersem, potem w górę, w dół, w górę, wzdłuż płota, jakimś mokrym rowem, znów na przełaj po grzbiecie...i już - dogoniłem tramwaj czołówek, przed którym tak uciekaliśmy. PK1 podbity po 48 minutach od startu. Stanowczo niezadowolony z siebie (bo przecież mogłem tu być już jakieś 15 minut temu) musiałem nadrabiać straty.

(kliknij, by powiększyć)

Przelot nad Jezioro Lubowidzkie (PK2) bez wtopy, bezpieczny z jedną ekstrawagancją. Nie dobiegałem aż do wsi Dąbrówka, tylko wcześniej odbiłem na NW. Przecinką oraz na szagę przez łąkę i nowo powstałe działki budowlane wbiegłem na drogę łagodnym łukiem nachodzącą na PK. Miał być punkt widokowy - widać było w sumie nic. Albo tyle, na ile pozwalał snop światła latarek - nie jestem przekonany, czy akurat to autor miał na myśli. No nic, byłem z siebie wielce zadowolony, bo tempo porównywalne z czołówką. 

Ale przecież jesteśmy na imprezie "Krócej znaczy dalej". Zamiast stulić głowę i polecieć ciut na około (czerwona linia na mapce powyższej), to ja nie - autorski wariancik. Czyli Masakra nr 1. Na początku nawet poszło nieźle. Mokradła i Węgorzę (rzeczkę taką) przeskoczyłem "na sucho", potem mała wspinaczka po krzakach do torów kolejowych i darcie na S, ku wypatrzonej na mapie fajnie idącej drodze. No i to zaczęły się schody. Mało się zgadzało, a jeśli już, to niekoniecznie dało się tamtędy żwawo przemieszczać. Kolejno olewane warianty. Kolejne zachaszczone pagórki pokonywane na azymut. Kolejna przecinka porośnięta młodymi choinkami. Czas płynie szybko, ja idę wolno. Konkurencja "odjeżdżała". PK3 podbity ze stratą 50min. do prowadzących Szlamu & Rzeźby. Smuteczek.

Takie nocne rajdy to zbiór wzlotów i upadków. Gdy zawalasz temat lub obierasz zły wariant, upadasz. Gdy masz przebłyski geniuszu i mega mocy, wzlatujesz. Gdy zajadasz się kolejnymi batonikami, żelkami z Lidla - czujesz, co to szczęście!

Dążąc do bycia szczęśliwym człowiekiem, pochłonąłem kolejną porcję pożywienia i pognałem na PK4. Wariantem bezpiecznym, a zarazem najkrótszym. Po przeskoczeniu przez drogę Godętowo-Rozłazino pojawiły się pewne "nowości" w sieci leśnych ścieżek. Jedna przypasowała mi szczególnie - wygodna i szła w poprzek wszystkiego, praktycznie na sam PK. Jedyna mała histeria była tuż przed nim, bo ustawiony w potężnym wąwozie, był trudno dostępny. Tylko cicho jęknąłem widząc, co mnie czeka. Nie obyło się bez małego przedzierania się przez pozostawiony przez gospodarnych leśników syf i na prawdę króciutkiej litanii łacińskich słów. 

Dobieg na PK5 w połowie pod prąd przebytej już drogi z 1 na 2. Nie przeszkodziło to w zastosowaniu jednego głupiego skrótu, dzięki czemu znów mogłem poczuć smaganie chrustu po łydkach.

Swoją drogą zabawne, że jedyne siniaki po nocnym bieganiu ma się na tylnej części nóg. Zupełnie poważnie - miałem wrażenie, że las mnie kopie po łydach. A przecież byłem grzeczny i papierki nosiłem ze sobą.

No, to ten...przed samym PK5, zaatakowanym od północnego-zachodu, zostałem skopany po raz kolejny. Dość porządnie. I w podmokłym wąwozie. Bo mapa jakaś nie teges i w terenie trzeba było się przeczołgać ok. 300m przez dość konkretny leśny sajgon, by dostać się do krawędzi właściwego wąwozu i poetycko opisanego na mapie "meandru drogi". Kto nachodził na PK od południa, stracił sporo mniej czasu i sił (Panie Punktowe z uśmiechem wyglądały z namiotu i dzielnie machały latarką "by było ciut łatwiej, bo ponoć z tym punktem jest niezła rzeźnia").
Tu dowiedziałem się, że moje dotychczasowe cudowanie z mapą idzie mi duuuużo wolniej niż Szlamowi & Rzeźbie (2h straty), ale tak ogólnie, to całkiem spoko i jestem 29 open oraz 4 na TM, a do 3 tracę tylko kilka minut. Uśmiech Panny Punktowej i ta wiadomość podziałały lepiej niż jedzenie.

Mimo wszystko, była już 2:30, w nogach (w tyłku/w głowie/w czym chcecie) już ~32km. Pojawił się mały kryzys egzystencjalny. Trochę z lenistwa, trochę ze zmęczenia, a trochę z potrzeby interakcji z drugim człowiekiem, podbiegłem do Ramoola (Michała Bałchanowskigo) prosząc o wyciągnięcie mi bułki z plecaka. Tak się nawiązała luźna gadka i wzrosło tempo przelotu na PK6. Gadulstwo jest zgubne, to wie każdy, więc raz trza było się cofać po małej pomyłce.
Wizyta w znanym i lubianym Porzeczu, przeprawa przez Łebę (rzekę taką) i... no tak, tam jest niemalże pionowa ściana... na czworaka jakoś się człowiek wdrapał.A potem znów to samo: "Krócej znaczy dłużej". Zamiast polecieć dalej na E do drogi, to my wzdłuż krawędzi na S jakąś wydeptaną ścieżyną. Tak nam się podobała, że nie odpuściliśmy jej nawet gdy opadała w dół, do samego brzegu Łeby (tak, wiem - bez sensu wdrapywałem się wcześniej). I tak sobie trawersując dolecieliśmy pod właściwą ścianę, na szczycie której stał PK6. Kolejna, masakrycznie nurząca wbitka na górę. I Ramool gdzieś się zapodział. Drzeć się nie było sensu, więc podbiłem punkt i polazłem dalej bez niego. A szkoda, bo może bym kolejnego "gonga" nie zaliczył.


(kliknij, by powiększyć)

Ale zaliczyłem. Coś mi się tam w głowie nie poskładało i ze wsi Rzepecka wbiłem się nie tam gdzie chciałem. Planowałem polecieć na północ pierwszą z trzech mniej więcej równolegle idących dróg. Poleciałem drugą, choć to trzecia była najszersza i najwygodniejsza. 
Znów zero refleksji. Że to Harpagan. Że to trzeba autostradami gnać na złamanie karku. Nie pakować się w jakieś dziury, nawet jeśli to krótszy wariant. 
Efekt? Masakra nr 2. Darłem przez las czymś w rodzaju rowu, lekko zawalonego gałęziami. Byłoby spoko, gdyby nie urwał się nagle. Gdzieś w środku niczego. Of course, gęsto porośniętego, słabo przebieżnego. Znów azymut na N, przeciskanie się. Totalnie bez sensu. Jakoś się wygrzebałem, ale nie na długo. Idąc po rzeźbie, jakimś takim jakby ubłoconym korytarzem  (po nałożeniu tracka na mapę okazało się, że to jednak była droga :P) prawie dobiłem się do głównej drogi. Prawie, bo ona w dolinie, a ja na grzbiecie. Który właśnie się skończył i na 3 strony świata elegancki stok. Tak ze 60% nachylenia. Podośnięty iglakami. Marne szanse (i żadnych chęci), by tam się wtarabaniać. Podkulony ogon, nawrót ok 500m i mozolne parcie na E, na azymut do drogi. 
Kolejne 20minut w plecy i ubytek cennych sił. Mrok nocy odpłynął w przeszłość, zrobiła się szarówka. Wstawał kolejny piękny dzień, a ja podbiłem PK7.

Wyłączyłem tryb "fighter", włączyłem odtwarzacz mp3. Żeby sobie pośpiewać, obudzić się nieco, podreperować ego. Drepcząc żwawo, doładowałem żywieniowe konto. Zobaczyłem dwie biegnące sarenki i zachwyciłem się nad światem. Znów próbowałem rozbujać się do biegu, truchtu przynajmniej. Spotkałem też Transformersa i wyraziłem garść opinii swych na tematy różne.



W super tajnym miejscu przeprawiłem się suchą nogą przez Łebę (ach te wspomnienia z rajdów, gdy nieświadom niczego, musiałem przeprawiać się wpław...) i rozpocząłem ostatni Atak Punktowy na biegowej pętli trasy mej mieszanej. 
Ów teren znam dość dobrze z poprzednich startów. Kojarzę, gdzie nie warto się ładować, chcąc dość szybko przemieścić się wschód-zachód czy północ-południe. Niestety, od ostatniej wizyty trochę się pozmieniało. 

"Już był w ogródku. Już witał się z gąską". Już stałem na grzbiecie i spoglądałem na autostradkę biegnącą ku Jeleniej Górze (wzniesieniu takim) i PK8 usytuowanym na niej... co zobaczyłem, to zobaczyłem. W każdym razie skłoniło mnie to do wykonania profilaktycznego "objazdu" i Masakry nr 3. To, po czym się przemieszczałem:



Domyślacie się zapewne, że pierwotny zamysł nie wypalił, bo zalegało tam sporo więcej "chrustu". Znów duma w kieszeń, znów pokorne kombinowanie. Przeprawa na kolejne grzbiety w drodze na Jelenią. Tam już bez emocji, lekko zrezygnowany.  7:33 - od pół godziny powinienem już "palić wrotki" na rowerze.



Zbiegając do cywilizacji mijam się z wyspanymi "świeżynkami" z TP50, w tym z TJem żwawo turlającym się na czwartej pozycji (ostatecznie skończył jako 10, Łukaszowi Żmiejko dołożył prawie godzinę, czym wygrał zakład i talon na start w Czarnej Cobrze 2014. Mega szacun!).



Na przepaku byłem prawie 1,5h - teraz tego zupełnie nie rozumiem, bo przecież trzeba było ekspresowo przebrać się na rower, doładować bukłak, zapasy żarcia i grzać na trasę. No nic, nakarmienie takiego "odkurzacza", jak ja, trochę trwa. Mocna zamuła przy wymyślaniu przelotu rowerowego i tak to jakoś zeszło.



Ale potem już pełen gaz! Pierwsze metry na ukochanym rowerze i już pełna euforia, nowe siły i wiara w sukces! No dobra, tak na prawdę to mi się mega nie chciało ;)

Wybrałem wariant trasy wschodni (mapa na końcu wpisu). Rozpoczynając od PK20, planowałem uderzyć potem po kolei: 12-18-15-17-11-19-9-14-13-10-16-meta. Spojrzawszy na zegarek odpuściłem 12 i postanowiłem powalczyć tylko o te najwyżej punktowane PK od 15 do 20. Jak to wyszło w praktyce, widać na poniżej zalinkowanej mapce.

Bardzo ciekawym doświadczeniem jest podróżowanie za dnia po terenie świetnie znanym tylko z nocnych eskapad. Co chwilę nowe "Och! Ach! To tak to wygląda". Śmiesznie.
Przestawienie się z mapy 1:50k na skalę 1:100k zajęło chwil parę. Popełniane błędy nie bolały aż tak mocno, bo wiadomo - na rowerze milej, szybciej i wygodniej.
Zachwyt nad światem absolutny! Na punkcie widokowym były widoki, nad brzegiem jeziora było jezioro... doprawdy przedziwne!



Różne cuda.

Wszystko zadziało się dużo szybciej. Wiatr smagał niemiłosiernie, przed PK19 nawet trafiło się nieco drobnego gradu. Ale generalnie pogoda była nadspodziewanie OK. Opadowe prognozy nie sprawdziły się. 
Ciekawe przeżycie wiązało się z PK 18. Na mapie umiejscowiony w północnym rogu szkółki leśnej znajdującej się na rozleglejszym, ogrodzonym terenie. Czyli co, trzeba to ogrodzenie sforsować. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Konstrukcja solidna, opatrzona tabliczkami "Wstęp wzbroniony". Coś jak wojskowe tereny w głębi lasu. Na mapie były oznaczone 3 bramy. Północna, wschodnia i południowa. Miałem pecha, bo północną bramę atakowałem na końcu. Pocałowałem klamkę dwóch pozostałych, tracąc ponad kwadrans na dyganie wzdłuż płota, na około. A tymczasem na PK impreza. Sporo rowerzystów na popasie, atmosfera pikniku.

Przeloty na dalsze punkty bez szczególnych historii. Mp3 na uszach podawała odpowiedni rytm, regularnie "dosypywane do pieca" porcje kalorii pozwalały utrzymywać odpowiednie tempo. Na podjazdach łykałem kolejnych rowerzystów bez mrugnięcia okiem. Na zjazdach i po płaskim Epic szedł jak szatan. Szybko! Najsłabszym ogniwem w tym całym zestawie byłem ja sam, a konkretnie moja amatorszczyzna w czytaniu mapy 1:100k. Stanowczo zbyt wiele czasu poświęcałem "lekturze", co przełożyło się na nienajlepsze warianty i czasy przelotów między PK. 

Na ślicznym punkcie nr 19 (Jezioro Choczewo) znalazłem się na 2h 05min przed limitem. Włos (ów nieliczny, acz prześliczny) zjeżył się na głowie, bo żeby znaleźć się w bazie, musiałem "przewinąć" całą mapę - na oko 21km w linii prostej, ze 30km po wariantach. Trzeba było mocno spiąć poślady i rwać do domu. Zamieniłem jeszcze kilka słów z Jarkiem Klucznikiem, którego ostatni raz widziałem z rodziną w sierpniu w Szczawnicy, gdy pełnym gazem zjeżdżaliśmy do mety IV etapu TransCarpathian Delirium Ultimate (www.facebook.com/TDU13) - kaaaawał czasu temu. 



No nic, pogadali i polecieli. Nie miałem złudzeń - tego dnia już o nic więcej nie powalczę. Po prostu za wszelką cenę muszę zdążyć do bazy przed limitem, żeby nie stracić całego dorobku. Darłem przed siebie tak mocno, że będąc w okolicy PK16 postanowiłem zaryzykować i go podbić. Aha, w całym tym "darciu" znalazła się chwila na mały materiał filmowy z dedykacją dla Klubu Kibica Kawalera Wieczorową Porą.



I spotkałem cudnej urody młodego warchlaczka. Dreptał sobie dróżką. Locha pewnie w krzakach buszowała, więc nie gadałem z nim zbyt długo.

Plan zdobycia PK16 udał się prawie idealnie. Bez większych sensacji, sprawnie wjechałem na punkt i o 14:32 go podbiłem. Mały cyrk się zrobił przy próbie powrotu. Chciałem wydostać się z tamtego rejonu dokładnie tak, jak się tam znalazłem. Ale jak kto się spieszy, to się diabeł cieszy - pochrzaniłem to i owo, zaliczyłem jedno błoto z drugim...a czas pędził nieubłaganie. 

Koniec końców, tak trochę podpatrzoną na GEZnO 2013 "metodą Ćwidaka" - czyli "mniej więcej w tamtym kierunku, aż będzie coś charakterystycznego", wydostałem się na szosę, znalazłem właściwy dukt do Bożegopola i dzida! Pełnym gazem przefrunąłem do mety...i ta niepewność, czy zdążyłem przed 15:00. Niestety, przyjechałem o 15:04:24, czyli straciłem punkty wagowe zdobyte na PK16.



Trudno, przynajmniej zawalczyłem. Tylko w sercu mały wyrzut za te 4 minuty (mniej o jedno sikanie/jedzenie banana/kombinowanie z mapą/kręcenie widoków i by było OK).

Gdybym miał pół godziny więcej, prawdopodobnie zdążyłbym jeszcze podbić PK17, a to już byłby bardzo solidny wynik.

Gdyby, gdyby, gdyby... gdyby babcia miała wąsy... jest to, co jest. Kolejna ciężka lekcja pokory. Czyli tego, co najistotniejsze w startach długodystansowych. Bo tylko będąc pokornym można dotrzeć do mety cało i zdrowo. Do zwycięstwa potrzebne jest jeszcze szczęście. A to sprzyja lepszym.

Bieganie bieganiem, jazda jazdą. Ale Harpagan jest jak dobre party w Sopocie. Jest before i after :) "Odgruzowany" po trasie, umyty i nakarmiony, człowiek zapomina o wszystkim co złe, zatapiając się w tym wielkim uśmiechniętym towarzystwie pozytywnych wariatów. Niekończące się rozmowy o minionych godzinach, analiza przebiegów, wymiana spostrzeżeń, ciekawostek, wygrzewanie się w słoneczku... - to bardzo miła część tego wydarzenia.

A wieczorem dekoracyjny maraton.



Warto było dotrwać i móc oklaskiwać mega koksów spuszczonych z łańcucha, Człowieka Szlama & Człowieka Rzeźbę (lubującego się w autystycznej formie wyrażania radości)

"Do dwóch razy sztuka" - tak mówiłem przed weekendem. 
"Do trzech razy sztuka" - tak będę mówił do godz. 21:00, 16 października 2014r, gdy w Lipuszu, po raz trzeci wezmę tego byka za rogi. Na pewno będę silniejszy, bardziej doświadczony. Czy to wystarczy, by zdobyć kolejne trofeum z literą H? Oby!

See U, next time!

P.S. Ciekawe, co na to wszystko by powiedziała owa zapracowana blondynka, tak dzielnie czyniąca dobro pewnemu panu w leśnych okolicznościach przyrody w aucie o zaparowanych szybach...


Statystyki:


Etap pieszy: 
                                62.4
                     1184
                     1182
 11:09:47
 5.78



Etap rowerowy: 
                                75.1
                      614
                      613
 5:41:12
13.7



Mapy przelotów oraz wyniki:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz