Oto moja Szuflada. Wspomnienia z istotniejszych wydarzeń. Debiutów, zwycięstw i porażek, kolejnych Kamieni Milowych. Ku pamięci, by z biegiem lat nie utracić tych ekstra chwil.
W kręgach, przede wszystkim nieprzychylnych i zazdrosnych żon kolegów-pantoflarzy mawiają, iż Kawaler szlaja się po nocach, zadaje z typami spod ciemnej gwiazdy i młode panny w Sopocie bałamuci. Oczywiście jest to (zazwyczaj) absolutną nieprawdą. Tym nie mniej przyznaję, iż Kawaler Wieczorową Porą z niejakim Bumelantem się zadaje. A Bumelant pisarz, poeta, eseista, literat nadprzeciętny chciałby głos zabrać, zatem ja już milknę i głos mu oddaję:
"W dniach 17-18 kwietnia w Kaliskach odbył się 49 Ekstremalny
Rajd na Orientację Harpagan. Tradycyjnie wystartowałem na trasie pieszej 100 km
(piszę to ja, Bumelant, dziękując Danielowi, że pozwolił mi się na swoim blogu
naprodukować). W poprzednich dwóch edycjach udało mi się odnieść zwycięstwo i
teraz też oczekiwania były spore, tak moje, jak i znajomych.
Wycisz się. Przymknij oczy. Wyobraź sobie absolutną ciszę, otaczający Cię mrok. Siebie napierającą/napierającego już kolejną godzinę. Przytrafia się jakaś niechciana "przerwa w dostawie zasilania" i lekkie otępienie. Samotność długodystansowca.
I wtedy słyszysz te słowa:
"Biegnij tam,
Zostaw wszystkie dawne troski.
Życie trwa.
Sam już zresztą mówisz o tym,
Cały świat.
Już nie musisz o nic prosić.
To twój czas.
Najważniejsza jest ta miłość którą masz
Cisza i wiatr,
Słońce i radość,
Deszcz na twych skroniach.
Cóż więcej mógłbyś chcieć.
Gdy czas kończy się,
Nic się nie stało.
Nic się nie stało,
Nowy idzie dzień.
Choć czasem brak ci tchu,
Pewności jakby mniej.
Nie zatrzymuj się,
Masz jedno życie więc.
Słońce i radość,
Deszcz na twych skroniach.
Cóż więcej mógłbyś chcieć..."
Co czujesz?
Te słowa piosenki Artura Rojka "Cisza i wiatr" pierwszy raz usłyszałem parę lat temu, gdy pewnego upalnego dnia pokonywałem morderczy podjazd na Błędne Skały.
"Oddech weź,
Już najgorsze jest za Tobą"
Swym kojącym głosem nucił Artur. Żar lał się z nieba, płuca rzęziły rozpaczliwie chwytając resztki powietrza, a nogi paliły z bólu. Czysto metafizyczne przeżycie, bardzo głęboko wbijające się w umysł. Na zawsze.
Wspominam o tym, bo każdy z nas ma trudniejsze momenty. Bez zbędnych egzystencjalizmów - kryzys, to dołek, z którego trzeba umiejętnie "wyskoczyć". Samodzielnie lub z czyjąś pomocą.
Tym razem, w owej przytoczonej powyżej scenerii, skuteczne wsparcie dało wydzieranie wniebogłosy słów Artura (plus bułka z kiełbasą, 2 banany i żel :) ). Poprawiłem moją życiówkę na TP50 o 3 minuty ( 6h 56min. - bez przepaku), a poprzedni harpaganowy rekord pętli nocnej aż o 2h 18min.! Z wrażenia omal nie zemdlałem, haha ;)
Gwoli wyjaśnień: połowę etapu biegowego i cały rower napierałem kompletnie sam, więc prócz nieostrożnej zwierzyny leśnej, niczyje uszy nie cierpiały z powodu moich "śpiewów" ;)
Bieganie to środek, nie cel.
Minął rok od wpisu "Krócej znaczy dłużej" traktującego o ERnO Harpagan nr 47 i moim drugim nieudanym podejściu do zdobycia tytułu na Trasie Mieszanej 150km. W międzyczasie zdarzyło się mnóstwo rzeczy. Pierwszy Rzeźnik w parze, pierwszy indywidualny Ultramaraton itd. Przydarzyła się też (pominięta blogowym milczeniem) trzecia harpaganowa porażka :) Tym razem miało być inaczej.
Dlaczego Harpagan jest tak trudny? Bo trzeba dużo biegać, a mało nawigować. 8 Punktów Kontrolnych na 50-cio kilometrowej pętli to bardzo mało. Dla kontrastu, na innym rajdzie z cyklu Pucharu Polski, "Azymut Orient", budowniczy Łukasz w zasadzie wyczerpał cały alfabet. Gdy jest ciemno, współzawodnicy rozproszeni i nie ma do kogo gęby otworzyć, dłuuuugie przeloty potrafią mocno sponiewierać psychikę. Łatwo o rozkojarzenie i wybiegnięcie w przysłowiowy kosmos.
W czasie wielogodzinnego napierania człowiek doświadcza rzeczy, których nie da mu żaden trening. "Nauka siebie", przełamywanie barier w psychice przychodzi dużo dużo później, niż treningowe zmęczenie. Dlatego potrzebna jest pokora przed tym, co może nastąpić w stanach wycieńczenia. Gdy głowa powie "Dość!".
Noc przed startem napisałem:
"Nie będzie gór. Będą tucholskie piachy, miliard jezior/rzek/kanałów, nieistniejące mosty i poniemieckie leśne autostrady.
Zapowiada się wyjątkowa edycja.(...) Czuję się przygotowany dużo lepiej niż ostatnio, ale czy to wystarczy... głowę mam dużo bardziej pochyloną niż rok temu, gdy porażka była dotkliwa.
"Podium albo szpital!" - bezwzględnie aktualne :)"
Orienteeringowa Wielkanoc 2015.
Nasza brygada, skupiona na swoich zadaniach, przystąpiła do działania. Skupiona, bo Harpagan to takie łagodne zwierzę, które zignorowane potrafi kłapnąć dziobem i odgryźć nogę lub przywalić baseball'ową pałą w potylicę i znokautować delikwenta w mgnieniu oka.
Przedstartowa karuzela zdarzeń kręciła się zwyczajowo błyskawicznie. Dwa wieczory pakowania, sprawdzania ekwipunku oraz praca domowa na temat: "Nieistniejące przeprawy przez Kanał oraz rzekę Wdę"
Drobny fragment pracy domowej
Chcąc uniknąć pływania (co miało parokrotnie miejsce na H43 w Czarnej Wodzie) lub nabijania bonusowych kilometrów, warto było poświęcić temu chwil parę.
Gorączka kompletowania sprzętu:
- Dariusz, mogę mapnik? A w sumie, to może być z rowerem, skoro pytasz.
- Pani Doktor Gosiu, będziesz używać tych MTB-owych rękawków?
- Sis, seeeerio znalazłaś w Poznaniu tę lidlowską wiatrówkę? Super!
- Dzień dobry, czy Pan Szewc dałby radę załatać mi te dziury w butach przed piątkiem? Nie? A to pech.
- Domi, jakbyś była jeszcze w aptece...magnez, please...
I tak dalej.
Nie bez przygód i objazdów dyktowanych SMS-ami, dotarłem do Bojana, gdzie w posiadłości Mariusza dorzuciliśmy mój wielki majdan do jego Toyoty-TIRa i gnając przez Kaszuby ok.18:00 dotarliśmy do "jaskini niedźwiedzia". Bazy Harpagana.49 w Kaliskach pod Starogardem Gdańskim.
Reszta wieczoru, jak to zwykle w święta u rodziny. Spożywanie potraw wysoko-węglowodanowych, zbiorowe zdjęcia, rozmowy o życiu i śmierci. Życzenia zdrowia, szczęścia i pomyślności. Trochę krytyki rządu, zaklinanie pogody.
Wiele wysiłku należało włożyć w niestrudzone tłumaczenie nieświadomym i zdezorientowanym współzawodnikom, kim jest "Biedak-Zwycięzca" i dlaczego należy dać sobie spokój z podejmowaniem prób walki z nim.
"Gonić Nowaka!"
Wszyscy zmagali się ze stresem przedstartowym. W bazie jeszcze nie było Pawła Ćwidaka, celującego w trzeci tytuł z rzędu w trzeciej kategorii. Dlatego największa uwaga wśród naszych znajomychskupiała się na Człowieku Szlamie - Krzysiu Nowaku. Po dwóch z rzędu spektakularnych wygranych, stanął przed szansą ustrzelenia hattricka, jako bodajże pierwszy w historii harpagan. Zasada "bij mistrza!" działała i tutaj. Facet nerwowy nie jest, ale tysiące pytań o samopoczucie, przygotowanie itd. z pewnością nie pomagały mu w wyciszeniu się i odpoczynku. Sam nie jestem bez winy, więc Krzysiu: "Ajm sory!" - bo trza było tylko mocno kopnąć Cię w tyłek na szczęście, a nie kłapać jadaczką, niczym kampanijni sztabowcy powtarzający bez umiaru słowa kandydatów swych rzekomo jedynie prawilne. Ciekawe, czy Babcia Ania odprawiła jakieś modły w intencji zwycięstwa...
21:00 - 310 ogarów poleciało w las. I to dosłownie. Mistrzostwem świata było wyciągnięcie z tłumu Rafała Sikory, który co rano chodzi po bułki do sklepu nieopodal i zna okolice Kalisk, jak ja za czasów liceum odpowiedzi na pytania za milion w "Milionerach".
"Start!" W lewo. "Gonić Nowaka! Gdzie jest Sikora?" W prawo. "Ej, nie tak szybko!" i wpadliśmy w las. 200m od bazy - niesamowity był to początek!
Do PK1 ( ~5km od bazy) pod Kazubiem dobiegliśmy po 20-23min. - tempo odpowiednie na dobry wynik w biegu na 10km, a nie 100! ;) Za czołówką unosił się tylko siwy dym, swąd upalonego asfaltu oraz pył igliwia.
Na tak długich przelotach między PK cały myk polega na tym, żeby zrobić to po możliwie najkrótszym wariancie. Każda odchyłka to metry, które finalnie potrafią dać dodatkowe 6-8km dystansu. Ja bardzo szanuję moje nogi, więc zawsze staram się robić skróty.
W przypadku Harpaganów taka taktyka nie raz i nie pięć przynosiła katastrofalne skutki czasowe."Krócej znaczy dłużej" , że tak tylko wspomnę. Bo naokoło bywa wygodniej, prędzej i mniejszym kosztem sił. Tym razem znów zaryzykowałem i tuż za Cisem Starym obrałem azymut na Bytonię. Na mapie była to granica kultur, w terenie bardzo wygodna droga. Ufając w dokładność dawnych pruskich gospodarzy wierzyłem, że nie urwie się gdzieś w szczerym polu, ale zaprowadzi bezpiecznie do celu. Musiałem w swoich rozważaniach być całkiem przekonujący, bo na ten wariant dała się namówić Marysia Lebioda. Jedna z najszybszych UltraDziewczyn w Polsce (tak naprawdę to najszybsza, aktualna Mistrzyni Polski - ale miałem o tym nie wspominać, co niniejszym czynię. Nie wspominam w sensie. A owo wtrącenie będzie dla niej niewidzialne. Oby.). Na tym etapie nasze tempa biegu i koncepcje trasy były bardzo zbliżone, co połączyło nasze losy na kolejne długie kilometry.
Ładnie to się wszystko układało. Zero komplikacji, fajna pogoda, dobre tempo. Okrążyliśmy od wschodniej strony J.Niedackie i bardzo ładnym skrótem (znów wyczucie mego sporego nosa zadziałało) wbiegliśmy na przecinkę prowadzącą prosto na PK2. Według rozpiski z mapy, byliśmy 14km od startu (czyli w rzeczywistości pewnie ok.15km). Czas operacyjny 1h 26min i miejsce 18/19 OPEN! - jak na mnie, prędkość szalona!
Prócz dobrego jedzenia nic tak nie dodaje energii, jak świadomość, że jest się bardzo wysoko w stawce. Po "ramolowemu" odpaliliśmy wrotki i pognaliśmy wariancikiem na PK3.
Kilometr później spotkaliśmy biegnącego z naprzeciwka naszego faworyta do zwycięstwa, Krzyśka Nowaka. Pozbawiony drugiej pary oczu Pawła Ćwidaka zdążył już popełnić parę nawigacyjnych grzechów i teraz musiał mocno gonić. Zaklnąłem tylko szpetnie pod nosem, bo nie spodobał mi się ten scenariusz (miał być hattrick w końcu!).
W Małym Bukowcu Marysia popisała się kobiecą intuicją i między stodołami, oborami, rozpadającymi się traktorami wyprowadziła nas w pole. W pozytywnym tego słowa znaczeniu, of course. Złapaliśmy miedzę i pędząc nią lekko w dół nieco zaoszczędziliśmy dystansu w biegu do Młyńska.
Tutaj przeprowadziliśmy skomplikowany przelot azymutalny wzdłuż potoku. Darliśmy dzielnie przez las w trójkę - Krzysztof zdążył już nas "dojechać" ;) Pojawiła się nawet TV KWP i przeprowadziła relację LIVE z tego wydarzenia:
Transmisja szybko się urwała, bo dolecieliśmy nad J.Czechowskie. Krzysiek wrzucił wyższy bieg i pognał przed siebie. My z Marią, z całym szacunkiem dla kolegi, olaliśmy jego wariant wbiegając w drogę idącą wzdłuż jeziora. Bez przeszkód "podjechaliśmy" w rejon PK3.
Tutaj drobna komplikacja. Las był słabo przebieżny, więc azymutowanie wymagało paru korekt. Tym razem wariant na skróty okazał się gorszą opcją. Strata paru minut, odrobiny sił. No i Marysia najadła się trochę strachu ;)
PK3 podbiliśmy po 2h41min. od startu.
Tu nastąpił kolejny moment chwały KWP. Powtórzył się epizod z marcowego Włóczykij Trip Extreme -szybciej biegający Ramol znów coś narozrabiał, przez co dogonił mnie dopiero tutaj. Na 23 kilometrze! Tradycja "wyścigu królika i żółwia" została chyba zawiązana na stałe :)
Nadal żwawi i pełni wigoru (z małym obłędem w oczach, który wymagał wciągnięcia kolejnej porcji bananów i musli) wbiegliśmy na drugą połówkę pętli (o czym ja nie wiedziałem, bo jeszcze nie przeczytałem opisu mapy :P)
Dotarcie do PK4 wymagało pokonanie kilku długich prostych odcinków. Marysia wciąż nadawała równe, ładne tempo. Bardzo mi się ono podobało, choć zapał do takiego gnania lekko przygasał. To był dobry moment na zrzuty balastu w krzakach oraz kontakt z Dowództwem :)
Na nieco pofałdowanej przecince przed PK musiałem odpuścić próby gonitwy za tą całkiem Fajną Panną. Przeszedłem do marszu pod pretekstem pory kolacji. Buła, kabanos itd. Podbijając PK4 jeszcze gdzieś majaczyła jej czołówka, ale definitywnie odpuściłem pogoń. Tym bardziej, że wlazłem w jakieś potężne mokradło-chaszcze i dłuższą chwilę zajęło mi wydostanie się z nich na jakąś drogę do Studzienic.
UltraMaria pognała przed siebie, a ja kontynuowałem zmaganie z kryzysikiem. Trwało to jeszcze dobry kwadrans, nim nastąpiła rezurekcja i znów przyspieszyłem. Wystarczyło za krzyżem w Studzienicach skręcić na północ, potem raz w prawo, raz w lewo... i już. Po 37min. od podbicia PK4, odhaczyłem również PK5. Była godzina 1:16, według rozpiski miałem w nogach 32km.
Rozpoczął się najtrudniejszy dla mnie etap.
Udało się przedostać do drogi na Bartel Wielki, przez co przelot do PK6 zapowiadał się nieskomplikowany. I długi. Głowa zaczęła wariować, a przecież skupienie było konieczne, żeby nie wylecieć w kosmos. Kolejna porcja jedzenia, przyśpiewki, kopanie kamyczka.
No i wtedy gdzieś tam z tyłu głowy zabrzmiało
"Oddech weź,
Już najgorsze jest za Tobą"
Zaśmiałem się gorzko, ale spoglądając na mapę faktycznie niewiele już zostało. Przyśpieszyłem, choć droga dłużyła się nieznośnie. Z euforią powitałem stromizny terenu okalającego J.Wygonin, gdzie na plaży stał PK6. Skakanie na szagę po gałęziach, zjazd na tyłku prawie na samą plażę - tego było mi trzeba :)
Już w ogóle na maksa się rozbudziłem i rozbawiłem, gdy pakując bułkę do gęby zobaczyłem zmierzającego na PK Mariusza "Spragnionego Łosia" i... Ramola!
Wbrew temu, co on twierdzi - nie nabijałem się, po prostu ekspresyjnie wyraziłem swoją euforię. Choć może tytuł video sugeruje coś innego - nie podążajcie tą drogą, nie dajcie się zwieść! ;)
A propos podążania drogą. Po chwili wspólnego marszu z chłopakami zwęszyłem, że właśnie mają zamiar popełnić kolejną nawigacyjną wtopę. Wyrażając swój pogląd na ten temat głośnym "A w dupie z Waszymi wariantami" wystawiłem azymut wschodni i polazłem w krzaki, wspiąć się ku przecince.
Lekkim wężykiem, ale w końcu wtarabaniłem się tam, gdzie chciałem. Ze świętym spokojem i bułą w ręku, świńskim truchtem napierałem ku PK7. Widząc w oddali lampki chłopaków krzyknąłem się na nich, żeby szli za mną. Spotkaliśmy się znów na punkcie. Tym razem po raz ostatni.
Teraz to dopiero zapowiadał się przelocik... droga na mapie w kolorze czerwieni. Pruski bruk znaczy się. Nierówno, kamieniście. Po 45km można być wybrednym, prawda? Toteż postanowiłem nieco powybrzydzać. Popijając Napój Skrzydeł Dodający pomarudziłem co nieco. Karma szybko wraca - chwilę później przywaliłem stopą w kamień, zobaczyłem milion gwiazd na niebie, rozlałem pół puszki picia... i zamknąłem się na dobre.
Owej nocy zebraliśmy się w tucholskim borze generalnie po to, by biegać. Przejdźmy zatem od słów do czynów, bo ostatnie 10km, to strasznie dużo jęczenia i jedzenia.
Zwietrzyłem szansę na złamanie 7h.
Oddalające się czołówki Michała i Mariusza, jakaś pojedyncza zbliżająca się z tyłu (prosta brukowana była długa na parę km-ów, więc trudno ocenić zapas odległości), zapach mety i prawdopodobnie (choć w stopniu niewielkim) działanie Napoju znacząco mnie przyśpieszyło. Do PK8 dobiegłem jak po sznurku, stosując po drodze jeden czy dwa skróty (do reszty ufałem w prostoliniowość nagle pojawiających się bonusowych dróg).
PK8 podbity w dzikim pędzie. Tuż za Adamem Zwycięzcą Biedakiem, który minął mnie z naprzeciwka tuż przed PK. Tempo wciąż rosło i rosło, dorównując temu z pierwszych kilometrów. Udzieliła mi się artystyczna dusza operatora / filmowca / dokumentalisty.
Kompletne szaleństwo. Na startowym "wariancie Sikory" dogoniłem Biedaka. Skoro tak, to TV KWP musiała tam być, zamienić słów parę ze Zwycięzcą.
Nie było jednak czasu na gadanie. Również dlatego, że tempo biegu nieco przytykało gębę.
Godzina 3:56 - meta! 6h 56min - mój najnowszy personal best na przybliżonym dystansie 50km (dokładnie 52,4km)
Okazuje się, że mimo tego szaleństwa, Mariusz z Michałem (Niepocieszonym Ramolem w sensie) oraz Marysia dołożyli mi prawie 5min. Wielki szacun dla nich wszystkich za takie końcowe tempo. A przecież i Michał i Marysia chwilę później pognali dalej, na drugą 50-cio kilometrową pętlę - KOSMOS!
Dla mnie i dla Mariusza nastał czas relaksu. Etap rowerowy startował dopiero o 7:00. Mieliśmy zatem 3h na przygotowanie się. Ciepły prysznic, dobre jedzenie, godzina snu, spokojny wybór odzienia, tankowanie bukłaka itd. Pełen CHILLOUT, którego tak pragnąłem planując start w tej edycji Harpagana.
I choćby w mordę wiało, jak na Żuławach.
Wakacje szybko się skończyły, brutalna rzeczywistość sobotniego poranka powróciła.
7:00, mapy w dłoń i na koń! Na etapie rowerowym kolejność potwierdzeń PK jest dowolna, o sukcesie w dużej mierze decyduje więc taktyka i szczęście w życiu. Do wyboru dróg. Bo jedna może być elegancka i utwardzona, a równoległa do niej to istny chlew.
Słowo wstępne zostało wypowiedziane i uwiecznione. Kamera i jej karta microSD były chyba pod tak wielkim wrażeniem, że aż padły. I już nie wstały. W związku z czym rower nie będzie okraszony wybitnymi ujęciami kina akcji. Tak, ja też bardzo żałuję! :)
Wykazując się wielkim rajdowym cwaniactwem, przygotowałem wariant (dzięki Małgorzacie za 5 razem udało się doliczyć wszystkich PK), ułożyłem mapniczek i o 7:14 podbiłem chipa do wyjazdu. Zarówno Mariusz, jak i Gosia byli już na trasie.
Wymyśliłem wariant 9-11-13-19-10-16-20-14-17-12-15-18. Mniej korzystny czasowo, ale bezpieczny. W razie kłopotów na trasie (awaria, brak sił, wtopy nawigacyjne), nadal mogłem liczyć na wysoki wynik końcowy. Oczywiście nie brałem pod uwagę innej opcji, niż wyczyszczenie trasy, no ale... suma sumarum, gdybym 18 i 15 podbił po drodze z 11 na 13, pewnie zyskałbym ok.30min.
Na pierwszy ogień poszła "dziewiątka". Zaczęło się ciekawie, od powitalnej ulewy. Dojeżdżając w rejon PK spotkałem już innych poszukiwaczy. Rywalizacja zamieniła się w bardzo zgodną współpracę. Teren oczywisty (PK nad jeziorem), widoczność dobra, wzrok wypoczęty. A PK nie ma. Żadnej obsługi, namiotu, ogniska. Nic.
Była za to mała tabliczka/sygnatura, którą Budowniczy pozostawiał dla Obsługi w miejscach przeznaczonych na PK. Jednoznaczny znak - Punktu NIE MA! Telefon do Orgów (wyszło na to, że po prostu jeszcze nie przyjechali na miejsce), podanie naszych nr startowych, wielki wkurw na dzień dobry. Jazda na PK11!
Kręcenie na początkowych kilometrach w peletonie ma tę zaletę, że można spokojnie "wgryźć się w mapę". Przestawienie się ze skali 1:50.000 na skalę 1:100.000 zawsze zajmowało mi chwilę i jadąc samotnie popełniałem głupie błędy.
Tym razem udało się tego uniknąć i jadąc w mniejszym/większym rozproszeniu, podbiliśmy PK11.
Tutaj ostatecznie rozstałem się z resztą ekipy 90XX (numery startowe zawodników z trasy mieszanej są czterocyfrowe i zaczynają się od cyfry 9). Pognałem szutrówką na Zblewo, a potem w kierunku Wirt. Trochę mnie się kierunki pomyliły i zjechałem zbyt mocno na południe lądując finalnie na drodze do Twardego Dworu. Kilka minut straty, ale w końcu trafiam na ścieżkę edukacyjną "Wirty" i PK13.
Z PK13 na PK19 pojechałem przez Borzechowo i Lubichowo. Pomysł ze spróbowaniem dostania się na PK torami kolejowymi wypalił doskonale... bo wzdłuż nich szła fajna droga - szczęście sprzyjało, wiadukt kolejowy w Brzózkach odnaleziony, szybko podbity PK.
Dotąd było sporo asfaltów, więc i prędkości przelotowe były dość wysokie. 35km w 2h, wliczając w to kręcenie się w poszukiwaniu nieistniejącej 9-tki. Jednak otępienie nóg moich było już mega duże, kolejne porcje magnezu broniły przed nieustępliwymi skurczami. Świeciło słońce, ale też wiał coraz silniejszy wiatr. Nie było mi zbyt przyjemnie.
Na biwak nad J.Kochanka (PK10) dotarłem piachami i szutrami przez Wilcze Błoto, Wdę i Wdecki Młyn. Były momenty, że trzęsło naprawdę dość mocno. Z ulgą przystanąłem na moment na PK. Chwilę po mnie dotarł Mariusz z poznańskim trio dowodzonym przez Piotra Dopierałę. Była tam również Zuzia Madaj, rówieśniczka mojej siostry, która każdorazowo dokłada mi po 2h. Mocna z niej sztuka ;)
Trochę podupadłem na duchu, bo oni w międzyczasie podbili już dwa dodatkowe PK (rzeczone 18 i 15).
Spotkałem ich jeszcze raz, na PK16. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że ich wariant pozwolił zrobić etap rowerowy o godzinę szybciej.
"Wypalanki - przecinka". Na PK16 zebrało się całkiem liczne towarzystwo rowerzystów. Piknik, relaks. Mi za moment mijała połowa czasu przeznaczonego na etap rowerowy. Byłem na środkowym PK, a na liczniku 54km - połowa przewidywanej "setki". Niby wszystko OK. Wiedziałem już, że będę jechać pod limit. Tylko jak utrzymać tempo z pierwszej części, skoro już mroczki przed oczami?
"Nie wiem Andrzej, naprawdę nie wiem..." mruknąłem do siebie i bez zbędnego ociągania popedałowałem dalej przez piachy.
W pędzie na PK20 wyminąłem Jankesa raźno pozdrawiającego, uśmiechniętego, zrelaksowanego (sądząc po prędkości jazdy). On sam ponoć tego nie pamięta, więc może aż tak wyluzowany i wypoczęty nie był ;)
Dojazd piachem do Osiecznej nie był przesadnie przyjemny, ale zaległości nadrobiłem na asfalcie do Szlachty. PK20 był niemalże na wyciągnięcie ręki. Podbity o 10:46, po 68km jazdy.
Jadąc na PK14 musiałem ponownie przeprawić się przez Wdę. Przydała się "praca domowa" i rozpiska nieistniejących mostów. Jazda mocno na wyczucie w kierunku Bałkanów (całą Europę w tych Borach mają) i Zimnych Zdrojów. Dobre drogi, trafiony most i odnaleziony PK14 - morale poszły znacząco w górę :) Jedno martwiło. Czas. Mijało właśnie 5,5h od startu. Zostało 2,5h i aż 4 Punkty do podbicia. Wmawiałem sobie jednak, że przecież zrobiłem już 76km - więc 30km w 2,5h jest możliwe do przejechania.
Łatwo mówić, gorzej zrobić. Nie miałem z kim gadać, a narzekanie samemu sobie nie działa uzdrawiająco. Zamknąłem się zatem i ruszyłem do 17-stki.
Była super blisko, toteż podbiłem ją super szybko. Z 14-stki do Huty Kalnej jakąś drogą chyba nie do końca obecnej na mapie. Potem sprint asfaltem w kierunku Czarnego. Leśna dojazdówka do PK mocno dała w kość. Sporo kopnego piachu i całe pielgrzymki piechurów - trzeba było jechać ostrożnie, żeby w tym tańcu na piachu nie wpaść na kogoś. Punkt w miejscu uroczym, więc i piknik tutaj był chyba najliczniejszy. Bardzo żałowałem, że nie mogłem zostać na dłużej :(
Równie szczęśliwie udało się podbić kolejny punkt. "Sowi Dół - polana śródleśna" czyli PK12. Znów przeprawa przez Wdę (tym razem na pewniaka). Odbiłem drogą lekko na wschód, by złapać przecinkę naprowadzajacą. Trochę tam górek w okolicy było, tempo jazdy średnio-dostateczne. Spotkałem tam duet "Lunatyków", stałych bywalców trasy TM. Przez moment jechaliśmy razem, ale ja wpatrzony w kompas nie czekałem, aż dokręcę do przecinki, tylko skoczyłem w pierwszą wygodną, idącą mniej więcej ku południowemu-wschodowi. Udało się tak prawie prawie. Wywaliło mnie za mocno na południe, ale dzięki aktualnym numerom oddziałów leśnych (i przede wszystkim widoku wracającego z PK innemu rowerzysty) szybko odhaczyłem temat.
Przelot z 12 na 15, na północny brzeg J.Niedackiego to jeden wielki jęk bólu. Chciałem zrobić możliwie jak najkrótszy wariant. Z rozpiski mostów wynikało, że będę mieć jeden w okolicy Młyńska, gdzie biegłem już w nocy. Teren mocno pofałdowany, a ja jechałem coraz bardziej siłą woli niż siłą mięśni. Wielki Kryzys, teoretycznie na 15km i 1:15 przed metą.
Ostatnie sztuki jedzenia wmuszone w siebie, parę okrzyków "motywacyjnych" - jakoś dowlokłem się do Łążka. Dobrze, że J.Niedackie jest spore i widoczne z daleka. Inaczej w tej plątaninie dróg zostałbym chyba do wieczora.
Ostatni kilometr do PK wiódł ścieżką lekko w dół. Na sam koniec trzeba było odstawić rower i z buta podejść parędziesiąt metrów przez krzaki. PK15 podbity o godzinie 14:16.
Mi włączył się tryb "Funt-Finisher", a ostatnie żarcie w końcu się wchłonęło i dostałem nieco energii. Teraz już nie było zmiłuj. Zero kombinowania z mapą. Tylko kompas i byle na północ. Do Bytonii.
Szybko wskoczyłem na drogę znaną już z nocy. W samej miejscowości wcisnąłem się między jadące do Chojnic auta. Ruch spory. Dobrze, że 100m wcześniej zaparkowała drogówka i suszyła - wszyscy jechali wolniej i dzięki temu w ogóle byłem w stanie przeskoczyć na drugą stronę jezdni. Przecież rowerzysty nikt by nie przepuścił.
Pół godziny do zamknięcia mety, a ja rozpędzony na asfalcie raptem kilka kilometrów od bazy. A po drodze PK18.
"Panie Boże, żebym go znalazł w locie!"
Modły wysłuchane. Prawie. Wydawało mi się, że odbiłem w dobrą przecinkę i dojadę nią do drogi leśnej, na której stał PK. Teren faluje, prędkość tylko wzrasta. PK wciąż nie było. Z naprzeciwka pojawili się inni rowerzyści, zrozpaczeni, bo nie mogli znaleźć PK. Nasze mapy o kant d**y potłuc, bo w okolicy dróg i ścieżek cały tłum. Na mapie jedna.
Na szczęście chwilę wcześniej minąłem piechura. Bez żadnych ceregieli poprosiłem go o mapę. No tak, na naszej PK jest wrysowany niedokładnie. Trzeba jeszcze podciągnąć ~200 metrów na północ!
PK18 podbiłem o 14:42. Na asfalt wyskoczyłem po 2min. Do bazy zostało (jak się potem okazało) 4km. 15min. i 4km!
W tym momencie przypomniała mi się miniona niedziela i trip po Żuławach z Darkiem. Moja pierwsza jazda na rowerze szosowym. Wiało cholernie, rowerem rzucało na boki, ale przecież udało się ukręcić 120km. Zacisnąłem zęby, stanąłem na pedałach i rozpocząłem finisz - żałowałem tylko, że nie mam miecza, którym mógłbym ciąć ten nacierający z boku wiatr.
14:50. dojechałem do Franka i skrętu do Kalisk. Na północ. A wiatr wiał właśnie z północy. Skręt w prawo i nagle jakby ktoś mnie z liścia w gębę strzelił. Prędkość spadła momentalnie z 25km/h do 13km/h. A ja wciąż na stojąco napierający w pedały. Istna ściana.
"To jest jakaś rzeź" - pomyślałem. Łacińskie ozdobniki pominę milczeniem.
14:55. zobaczyłem komin. Przyjeżdżając do Kalisk Mariusz zwrócił mi na niego uwagę. "To będzie nasz punkt orientacyjny" - mówił. Twarz opluta i obsmarkana, komin coraz bliżej.
Tory. Szkoła na horyzoncie. I jacyś inni rowerzyści pojawiający się z boku.
"Muszę być przed nimi, żeby nie czekać w kolejce na podbicie chipa!"
Ostatnie mocne naciśnięcia na pedały, wjazd na dziedziniec. Wiatr zamilkł.
14:58:17 - piiiiiiip. Tak brzmi meta. Tak brzmi tytuł Harpagana.
Dziś się nie spóźniłem.
Czy tytuł Harpagana TM łatwy do zdobycia? Mówiąc szczerze, nie wiem. Niby przebycie 50km na piechotę w czasie poniżej 10h jest bardzo realne. Niby przejechanie rowerem ~100km poniżej 8h też nie jest jakimś większym wyczynem. No to weźcie i spróbujcie. Sami odpowiecie sobie na to pytanie ;) Mi samemu zajęło to dwa lata, cztery podejścia. Za pierwszym i drugim razem pobiegłem zbyt wolno, przez co na rower miałem mało czasu. Za trzecim poległem na rowerze, jak oszalały miotając się z mapą. Dziś było wszystko tak, jak trzeba. Uważny i dość szybki etap biegowy oraz jeszcze bardziej ostrożny rowerowy. Równo, bez "podpalania się" na początku, gdy euforia jest wielka, a sama jazda zdaje się być bezwysiłkowa.
Bilans
Rekord trasy TP100 nadal niezagrożony. Czołówka cięła się mocno, każdy popełniał jakieś błędy. Pierwszy zameldował się Paweł Pakuła z czasem 12:11:30.
Krzyś "Człowiek Szlam" nie obronił pierwszego miejsca. W orienteeringu nigdy nic nie jest pewne i potrzeba mnóstwo szczęścia, by powtarzać sukcesy. Krzyśkowi już raz się to udało, co było czymś niewyobrażalnym. Dziś Fortuna sprzyjała Pawłowi, który odrobił niesamowitą stratę czasową do Artura i finalnie wygrał.
Paweł "Człowiek Rzeźba" odleciał w kosmos - wyzerowanie Trasy Rowerowej 200km zajęło mu raptem 11h, czym zawstydził niejednego wyjadacza. Skompletował tytuły we wszystkich kategoriach i zapisał się w historii tego rajdu.
Morenka zwyczajowo niepocieszona - obaj zrobili życiówki, ale nie miało to przełożenia na lepsze lokaty. I jeszcze bolą ich nogi.
Marysia Lebioda potwierdziła swą hegemonię. Przy okazji bardzo Morenkę zawstydziła, dokładając im co najmniej pół godziny ;)
Tymczasem Hippi jak napisał, tak zrobił. Bez żadnego rozgłosu obiegł większość faworytów i na metę wbiegł z czwartym czasem edycji. 13:06:08 - astronauta!
Dominika i Gosia tak poleciały w swoich kategoriach, że wyhaczyły statuetki za II miejsca. Sława, sława, sława!
Mariusz "Spragniony Łoś" objechał mnie - 5 miejsce OPEN.
Kasica "przypadkowo" wygrała bieg na 25km. Że niby nie zdążyła się dobrze rozgrzać. Hm...
Tomasz "Kurhan" oraz Irek po cichu zrobili setkę poniżej 19,5h znów wskakując do pierwszej 50-tki rajdu.
Biedak oczywiście jest zwycięzcą.
A ja się cieszę, jak głupi. Dogoniłem tego cholernego króliczka!
To zupełnie inna radość od wszystkich dotychczasowych. Tu nie ma euforii, że "złamało się" jakąś barierę / przekroczyło granicę. Tu jest coś w rodzaju uczucia wygrania na loterii, ucieczki spod topora, wskoczenia do odjeżdżającego już pociągu. 2 minuty później nie byłoby już niczego. "Podium albo szpital" Relacja 3DreRun (prędkość x50, real time ON):
Na Wybrzeżu mamy bogatą, wieloletnią tradycję orienteeringu. Jednym tchem przychodzą na myśl najstarsze imprezy: "NMnO Darżlub", "NMnO Manewry SKPT" oraz "ERnO Harpagan". Każda z nich ma za sobą ok.40-50 edycji. Czyli całkiem sporo.
Mówi się czasem, że "Darżlub" jest tym dla orientalistów, co Boże Narodzenie dla chrześcijan. "Manewry" to taka Wielkanoc.
Mam przyjemność uczestniczyć w przygotowaniach do tegorocznej, trzydziestej dziewiątej edycji Nocnych Marszów na Orientację "Darżlub". Buduję trasę Bardzo Trudną 2.
Zapraszam wszystkich serdecznie do spróbowania swoich sił i zmierzenia się z wyznaczonymi przeze mnie Punktami Kontrolnymi. Będzie się działo!
P.S. Bycie budowniczym trasy wyzwala w człowieku dzikie rządze. Zwłaszcza chęć odwetu na tych wszystkich, którzy już wcześniej budowali trasy. A ja je przemierzałem, niejednokrotnie ginąc marnie :)
Była ostatnia sobotnia noc października, roku Pańskiego 2012.
Pogoda wybitnie parszywa. Mgła. Zacinający lodowaty deszcz przechodzący w drobny grad i śnieg. Wspomagany wiatrem. Brakowało tylko piorunów. W takich okolicznościach przyrody przeżywałem swoją pierwszą "Noc z Lilith" - taką oto nazwę otrzymała trasa Bardzo Trudna nowej Imprezy na Orientację "Sukkub".
Garść wiedzy z encyklopedii:
Sukkub (śrdw.-łac. succubus, od łac. succuba - "nałożnica", od succubare - "leżeć pod") – w demonologii sukkubami nazywa się demony przybierające postać nieziemsko pięknych kobiet (często obdarzonych również atrybutami charakterystycznymi dla demonów, np. rogami albo kopytami), nawiedzające mężczyzn we śnie i kuszące ich współżyciem seksualnym (zespół "demona nocy").
Według Malleus Maleficarum ("Młot na czarownice") sukkuby zbierały od skuszonych mężczyzn nasienie, którego potem inkuby używały do zapładniania kobiet. Dzieci spłodzone w ten sposób miały być szczególnie podatne na wpływ Szatana.
Od XVI w. umieszczona przed gospodą rzeźba przedstawiająca sukkuba oznaczała, że karczma prowadzi również dom publiczny. Demonologia twierdzi, iż królową sukkubów była pierwsza hipotetyczna żona Adama - Lilith, która po odejściu od niego stała się jedną z siedmiu żon Lucyfera. Średniowieczne przekazy głoszą, że Lilith obiecała nie nasyłać sukkubów na ludzi którzy posiadają amulet na którym wypisane były imiona trzech aniołów cnót czystości. Ezoteryczne pisma twierdzą, że sukkuby oprócz wysysania energii życiowej i kuszenia mężczyzn współżyciem seksualnym starają się także przejąć duszę ofiary poprzez stopniową pogłębiającą się w niej demoralizację na tle seksualnym. Ludzie, którzy mówią, że stali się ofiarami ataków sukkubów podają, że oprócz kontaktu fizycznego te demony w postaci pięknych kobiet potrafiły ukazywać się w ich snach.
Lilith – w folklorze żydowskim upiorzyca groźna dla kobiet w ciąży i niemowląt w pierwszych tygodniach ich życia. Jej imię po hebrajsku brzmi Lilit (dosłownie). Pochodzi ono być może od hebrajskiego słowa lulti oznaczającego "lubieżność".
Czyli tak generalnie, jak sami czytacie, przegięta akcja. Posiadając tę powierzchowną wiedzę, łatwo "dać się porwać demonicznemu klimatowi".
Porwać się nie dałem. Ale zginąłem marnie! Nie pomogło nawet odnalezienie imion trzech aniołów - Lilith rzuciła klątwę.
Skąpany w bagnie, przysypany mokrym śniegiem, ledwo widzący na oczy... poległem. Z podkulonym ogonem wróciłem do bazy. Nawet grób pani Browarczyk nie dał się odnaleźć. Mizerny wynik, przedostatnie miejsce. I wielka żądza rewanżu!
"Klątwa Lilith"
Rok później zjawiłem się znowu, by odczarować klątwę Lilith. Tak też z resztą była nazwana trasa BT zbudowana przez rudą Anię. Nie zważałem na nic - nie zmogła mnie ani rzeka Łeba wpław (o gołym tyłku, bo to trochę nie fajnie gnać w mokrych gaciach od praktycznie samego początku zmagań), ani utopiony w bagnie but (wyłowiłem go kijem - śmierdział okrutnie). Nie straszne mi było liczenie objętości brył obrotowych, zgadywanie kolorów (czerwony czy brązowy, niebieski czy zielony - światło czołówki jest zwodnicze) czy wierszowane zagadki (tu akurat zastosowałem "koło ratunkowe" - dołożyłem drogi podbijając alternatywny nawigacyjny punkt kontrolny).
Bez cienia zwątpienia przebiegłem dodatkowe 4km. Na mecie okazało się bowiem, że na ostatnim PK zgubiłem kartę startową. Wróciłem, odnalazłem, pognałem z powrotem do bazy.
Klątwę odczarowałem! Wygrałem trasę BT. W nagrodę dostałem demonicznie dobrego buziaka i zestaw Konesera.
Tak prezentował się pięć tygodni później, gdy wraz z TJ-em opijaliśmy nasze darżlubowe zwycięstwa. Piwo z lodem wprost ze Spitsbergenu smakowało wybornie. Aha! Te szklanice świecą w ciemności! Na afterparty po "Maczudze Stolema 2014" wyśmienicie służyły nam do spełniania urodzinowych toastów za moje zdrowie.
"Igraszki z Lilith"
W miniony weekend spotkaliśmy się z Lilith po raz trzeci. Widać, że chyba mnie lubi coraz bardziej, bo zaprosiła na nocne igraszki do Nowego Dworu Wejherowskiego. Damom się nie odmawia, więc zjawiłem się w umówionym miejscu i czasie. Gotów do działania.
Przyjechała ze mną Karola. Odważne dziewczę! Przełamała swoje lęki i dzielnie darła ze mną przez wszystkie chaszcze. Bez mrugnięcia okiem (a może nie dostrzegłem?) stawiła czoła wszelkim "atrakcjom" zafundowanym przez Lilith. Przetrwała ponad 12h w moim towarzystwie i nadal się do mnie odzywa. Prawdziwy dar z niebios, niezwykle rzadki :)
Poniżej krótki zapis, co nam się przytrafiło owej nocy (start o 18:12 - ciemno, choć oko wykol!) oraz Superprodukcja Filmowa:
PK1 - po drodze Karola wykręciła nogę. Bardzo się przestraszyłem, że to coś poważniejszego. Ale Zuch Dziewczę pognało dalej. W drodze wyjątku wzięła tylko kija do podpierania się (tudzież przepędzania dzikiej zwierzyny). Sam PK przysporzył nam małego kłopotu, bo teren nie sprzyjał w 100% pewnemu namierzeniu się. Za dnia wyglądał niezwykle niewinnie. Drań.
PK2 - lekko, łatwo i przyjemnie. Wystarczyło "tylko" jakoś ominąć bagno i przedrzeć się przez młodnik. Poniżej foto z dziennego zwiedzania parę dni później.
Lilith wyznaczyła również zadanie: "79m na azymut 128. Pod znakiem krzyża znaleźć Czerwoną Kokardkę".
PK3 - tutaj zaprocentowało doświadczenie i znajomość wrednego charakteru Budowniczej trasy. PK na przepuście i zadanie odnalezienia sukkuba. Wiedziałem od razu, że trzeba ładować się do dziury.
W bonusie zadanie muzyczne. Kolejne kilometry minęły nam na nuceniu przeróżnych kawałków.
PK4-PK7 - orienteeringowy chleb powszedni. Sporo zmyłek, trochę azymutu, szczypta nawigacji po rzeźbie terenu. Bez pudła.
PK8 - na przelocie dołączył do nas Długi. Gadka szmatka. Towarzyskie rozprężenie. Chwilowy brak skupienia - musieliśmy się pomylić, nie było opcji. Wgramoliliśmy się pod stromo opadający grzbiet, niestety nie tym żlebem, co trzeba. Wymagało to paru chwil rozkminiania, gdzie jesteśmy i którędy najwygodniej (skoro już wleźliśmy na górę, to szkoda z niej złazić) namierzyć się na PK. Udało się.
PK9 - chyba najbardziej wredny! Prócz PK17, który nie dał się odnaleźć. Darcie w takim gąszczu, że nawet Panowie & Damy rzucali łacińskim mięsem na prawo i lewo.
PK10 - po przelocie wymazanymi z mapy ścieżkami czekało nas kolejne zadanko. Zdesantować się w pewien określony rejon mapy i poodnajdywać trzy różnokolorowe figurki sukkubów, a następnie podać pięć krajów, których flagi składają się tylko z tych kolorów.
Nasz drobny babol w postaci odnalezienia żółtej, zamiast czerwonej figurki nieźle dał w kość - no bo weź człowieku tak z marszu wymyśl pięć flag. Biało-niebiesko-żółtych. Wznosząc się na absolutne wyżyny naszej wiedzy geopolitycznej, w wielkich bólach wynotowaliśmy: Bośnia i Hercegowina, Urugwaj, Argentyna... i na tym koniec.
PK11 - ognisko i stopczas! Ciepło, przyjemnie, JEDZENIE, herbata z miodem. Karola nabrała wigoru, a nawet nagrała pozdrowienia dla swych fanów.
No i wtedy się zaczęło... kolejne 2h były dla nas bardzo ciężkim treningiem umysłowym.
PK12 - z ogniska na PK12 ponad 2km przelot "w ciemno", pod mapą. Pilnowanie kierunku, odległości, liczenie na szczęście. Klimat tamtego lasu był mega złowrogi, brakowało tylko jakiejś zjawy. Dobrze, że nie było mgły, bo bym trochę strachu się najadł. Spotkaliśmy (znów) Irka z Anią, co upewniło nas, że idziemy w dobrym kierunku.
Przeloty na kolejne PK wcale nie były łatwiejsze.Mapa przestała się zgadzać z terenem (coś tam w lesie wycięto, coś zarosło itd.), a rzeźba niezwykle wymagająca kondycyjnie. Obieraliśmy "lżejsze" warianty, dzięki czemu nie padliśmy ze zmęczenia. PK13 - stał we wrednym miejscu (musieliśmy się podzielić zadaniami: Karola z dołu doświetlała mi gęsto zarośnięty szczycik, a ja z przeciwnej strony szukałem lampionu). Po podbiciu PK kontynuacja azymutów.Karola była na nowo mocno pobudzona, głównie z powodu napotkanych dwóch świecących par oczu dzikiej zwierzyny. Z radości nieomal wyściskała napotkanego Długiego, który podejmował kolejną próbę namierzenia się na PK13. Po szybkim ustaleniu bieżącego położenia Piotr poleciał go upolować, a my w dalszą drogę.
PK14 - punkt na przepuście. Oczywiście wrednie podwieszony pod krzakiem w takim miejscu, że tylko jakimś cudem nie wywinąłem orła wprost do cieku wodno-błotnego. Na wygodnej dolotówce panna Karola przetestowała odliczanie parokroków w stylu Chodakowskiej. "Raz, dwa. Z uśmiechem. Trzy, cztery. Jeszcze. Pięć. Jesteś super. Sześć, siedem...". Było też coś o dupie.
Zadanie nr 15 - kolejny popis frywolności Lilith - typowe gonienie króliczka. "Znajdź miejsce, gdzie znajduje się moje Łoże, byś wiedział gdzie chcesz później wracać". Zrobiliśmy, co trzeba i poszliśmy dalej. Przy czym Karola stwierdziła, że wracać już tam nie zamierza :)
Ja wróciłem po kilku dniach, żeby odszukać zgubę. Łoże nadal było. Ale ani Lilith w nim nie leżała, ani zguba się nie znalazła. Bez sensu.
PK16 - po drodze przetrzymaliśmy mały kryzys. Z jednej strony zmęczenie było już spore. Mi chciało się spać, Karolę bolały nogi i plecy. Z drugiej, przecież to tylko 3PK do mety, szkoda "ucinać" trasę. Zacisnęliśmy zęby i postanowiliśmy wyczyścić trasę. Sam PK bez historii. Namierzony, odmierzony, znaleziony.
PK17 - najwredniejszy. Nie dość, że od strony najszybszego najścia posadzono i ogrodzono młodnik, to jeszcze tuż przy właściwej (mocno zarośniętej) przecince szła (niezarośnięta) dróżka, która mocno myliła szyki. Nie od razu posłuchałem Karoli ("Nie ma to nie ma, chodźmy już") i w poszukiwawczym amoku spędziłem dobrych 15min. na czesaniu bezpośredniej okolicy. Wiedziałem, że jesteśmy w dobrym miejscu. Namierzałem się czterokrotnie. PK nie znalazłem.
PK18 - łatwe zwycięstwo na koniec. Fajnie wyszedł nam azymut. Czekało zadanie (zapisane na mapie, a ja jak ten łoś omiatałem drzewo w poszukiwaniu instrukcji :P). Mieliśmy pójść na zachód, by odnaleźć Śmierć. Mus to mus, choć widmo spotkania jej nie napawało jakiś mega optymizmem. Poszukiwawczy sukces został obwieszczony głośnym "Ja pieeeeerd***ę".
Przy postumencie karteczka z przestrogą. Wyszło na to, że Lucyfer mega się wkurzył z powodu naszej wizyty w sypialni jego żony Lilith. Żeby nie dostać w pierdziel, trzeba było się z nim napić. Świeżo Upieczona Abstynentka Karola musiała zarzucić swe nienoworoczne postanowienie (jakoś dziwnie łatwo jej to poszło:P). Uradowani, że jako pierwsi odnaleźliśmy flaszkę, zgodnie golnęliśmy z gwinta "po łysiu" orzechowego Soplicy. No dobra, po dwa "łysie". Oczywiście w ważnych intencjach.
Towarzyszka moja potem już tylko biegła. Nie wiem czy to TurboEfekt Soplicy, "zapach mety", "tryb Finishera", czy co... no po prostu wzięła i biegła! Gdyby było cokolwiek widać, pewnie zwolniłaby nieco tempa i zachwyciła się widokami.
No, ale nie było widać absolutnie nic prócz tego, co ogarnął snop światła czołówki. Więc Karola biegła. I dobiegła, a ja wraz z Nią. Efekt finalny jest taki, że przez przypadek spełniła się moja zwyczajowa dewiza startowa "Podium albo szpital!" Szpitala nie było, podium i owszem :)
A teraz nagroda za przebrnięcie przez ów powyższy, ciut dłuższy niż krótszy skrót.
Superprodukcja by Nosek.
Kamera: Funt
P.S. Gdyby ktoś kiedyś chciał wiedzieć, czy Karola ciśnie w lesie. Moja odpowiedź brzmi: ciśnie.
Niniejszym oświadczam, że panna (przyszła młoda) Karola Nosek otrzymuje Certyfikat Kawalera Wieczorową Porą, jako idealny materiał na żonę aktywną. Da sobie radę w każdych warunkach, nie zgubi się nawet w największych galeriach handlowych, nie zamęczy ją żaden fizyczny wysiłek. Je i pije dość mało. Stopień marudzenia bardzo niski. Zna dowcipy.