niedziela, 11 maja 2014

"Otwórz lodówkę, to się trochę zagrzejemy!" - Rudawska Wyrypa 2014


WSTĘP

Majówka, Majóweczka, Majuniuniusia... niejeden od dawna przestępował z nogi na nogę na myśl o tym podwojonym weekendzie. Ile głów, tyle pomysłów na przemielenie tej gigantycznej ilości wolnego czasu. Absolutne pustki na sklepowym dziale z kiełbasą, piwem, wódką i podpałką do grilla oznaczały jedno - Rodacy planują Weekendowy Melanż Ostateczny! Podobne myśli zaprzątały absolutnie każdą nadwiślańską głowę, choć co po niektórych obywateli wyręczyło szefostwo, chore dziecko, grypa żołądkowa damy serca, pusty portfel czy coraz mniej ciekawe prognozy pogody.

Tak mnie jakoś w życiu pokarało, że wiele rzeczy mam na odwrót. Na pierwszy rzut oka widać, że włosy wolą mi rosnąć na dolnej, a nie górnej części głowy. Na drugi, trzeci i jedenasty, że niekoniecznie mam poukładane w owym na opak uwłosionym czerepie. Dziwnym zrządzeniem losu ( lub ułomności niejakiej ) ciągnie mnie w góry. Cholernie mocno. I możliwie często. Mnie, chłopaka znad morza. Od dwóch pokoleń wstecz. Choć pewnie Mama miałaby coś do powiedzenia w tej kwestii - jakaś wycieczka do Wołosatego czy coś. Nieważne, jest jak jest.

Aha! I jeszcze jedno. Im trudniej coś osiągnąć, tym bardziej się za to zabieram. Nie interesują mnie łatwe zdobycze. Tak jest ze wszystkim. I niejedna już się o tym przekonała. Panna w sensie. Ot, defekt taki - kara(?) z Niebios.



WSTĘP WŁAŚCIWY, JUŻ BEZ OSOBISTYCH WYCIECZEK

Dobra, ale tu o Majówce, Majóweczce, Majuniuniusi miało być. Świadom swej życiowej ułomności, wsparty podszeptami Łukasza i Eweliny, wymyśliłem sobie start w Rudawskiej Wyrypie 2014 (www.rudawskawyrypa.pl). Górskim Ekstremalnym Maratonie na Orientację, eliminacji Pucharu Polski. Jednej z bardziej przegiętych imprez w całym pucharowym kalendarzu. 

Im więcej przeciwności, tym większe przekonanie, że MUSZĘ tam być. No i pojechałem. Ewelinę zatrzymał szef. Łukasz pognał za Spódniczką do Legnicy. Zdążył podpowiedzieć tylko, żebym ogarnął sobie dojazd w znanym serwisie carpoolingowym. 
Rad nie rad, dałem sygnał w Sieci, że o tej i o tej, tego i tego dnia (a konkretnie za moment) jadę tu i tu, za tyle i tyle. W trybie natychmiastowym zgłosiła się Jola (vel. Baran vel. Rakieta z Legnicy - przydomki zapoznane ciut później) z Pawłem i Aliną, jednocześnie konkretyzując moje plany na majówkowe dni poprzedzające start w Wyrypie.



COŚ O PRZEZNACZENIU I ANIOŁACH STRÓŻACH

Wiecie jak to jest - te zrządzenia losu, zbiegi okoliczności, przeznaczenie, wola Niebios. Zwał jak zwał. Można w nie wierzyć, ale nie trzeba. Można je również kreować.

Znad morza wszędzie mam daleko. Wszędzie w góry. Minimum 615km ( do Wisły). W ukochańsze Bieszczady ponad 900km. Sorry Batory! No to tak dylam za każdym razem w te i we wte. Nocami, co by dni wolnych nie marnować. Tak było i tym razem. Ale.

Ów blablacar'owy nocny przejazd zamienił się we wspólny wyjazd. Jolanta, dziewczyna ze Szklarskiej Poręby, przygarnęła, nakarmiła, swej Mamie przedstawiła. Dzielny Towarzysz Broni, Niezawodny Nawigator i Przewodnik (Alternative). Fotograf lepszy niż Fotoradar. Taki Anioł Stróż
Jako panna "stąd" ogarnęła absolutnie darmową wycieczkę Szklarska Poręba & Karkonosze Alternative. Nie zapłaciłem ani za parkingi, ani za wstępy do Parku, ani za bilety na różne lokalne wodospady - ekonomiczny kosmos :)




TURYSTYKA KWALIFIKOWANA "NA KRZYWY RYJ"

Czwartkowy przylot bladym świtem do Szklarskiej Poręby Dolnej. Powitanie z Panią Mamą. Ekipa wskakuje w ortaliony i inne dresiarskie odzieżowe hity sezonu. Gotowi na zdobywanie gór lokalnych.


FotoJola - czwartkowym świtem

"My są rodzina prowadzących schronisko pod Kamieńczykiem" - tak bezceremonialnie wjechałem na zamkniętą drogę i zaparkowałem auto pod samiuśkim budynkiem, oszczędzając sobie i towarzystwu srogiej wspinaczki do wodospadu. 



"Dla miejscowych jest zniżka na wejście do Parku, prawda?" - tak bez opłat pokonaliśmy rogatki Karkonoskiego Parku Narodowego i rozpoczęliśmy Zdobywanie Gór. 

Hala pod Szrenicą, Szrenica, "miejsce, gdzie można rozstrzelać dzieci", Trzy Świnki, Śnieżne Kotły. Powrót do Kamieńczyka przez Łabski Szczyt. Tak żeśmy sobie pospacerowali. Różniaste fotki postrzelali i inne takie takie.


"miejsce, gdzie można rozstrzelać dzieci"

Tam pożegnaliśmy słońce. Przywitaliśmy ulewny deszcz z elementami lodu. Aura zaczęła się szykować na Rudawską Wyrypę. Ja również, uskuteczniając trening zbiegowy ze schroniska pod Łabskim Szczytem do Kamieńczyka. 8km praktycznie non stop w dół. Nogi ślicznie się zagrzały. Jeden komplet ciuchów szlag trafił.

Reszta dnia to typowo kolonijne rozrywki. Obiad (ależ się najadłem! Będę śpiewać o tym całą noc!), ping-pong. Potem karty (nauczyli mnie grać w remika!), piwo z niszowych browarów i opowieści Pana Taty aż do nocy.

Piątkowy przelot do bazy maratonu, Łomnicy, poprzedziła wycieczka "Szklarska Poręba Alternative". Dowiedzieliśmy się wiele o przeszłości różnych ciekawych miejsc (w książkach tego nie przeczytacie). Zwiedziliśmy Dawny Dom Jolanty, Orle Skały, Drzewo Gdzie Jola Pierwszy Raz Się Całowała, Szklarkę i Chybotka.

FotoFunt - nad Szklarką

"Ja jestem tutejsza. A oni studenci. Tacy biedni!" - Wodospad Szklarka za darmochę. Tam dotarł do nas Łukasz. Trochę smutny po rozstaniu ze Spódniczką, przywołał się do porządku i dzielnie znosił trudy Wycieczki z Przewodniczką Jolantą vel. Rakietą. Pojawiła się jakaś kwestia głębokiego patrzenia w oczy i inne takie takie.

FotoFunt - głębokie patrzenie w oczy na Złotym Widoku

Panoramy tego dnia były... to znaczy, byłyby przaśne. Widowiskowe klimaty uratowała tylko nasza bujna wyobraźnia i talent plastyczny Pani Przewodniczki. Najzacniejsze z miejsc, Złoty Widok (klik), prezentowałoby taki oto obrazek:

Painted by FotoJola




RUDAWSKA WYRYPA JAKO TAKA

Zainteresowani tematem mogą w zasadzie dopiero od tego akapitu rozpocząć lekturę. W tym bowiem oto miejscu docieramy z Łukaszem do Łomnicy. Bazą Wyrypy była pokaźnych rozmiarów lokalna szkoła.

Warunki kwaterunkowe iście królewskie. Zarejestrowanych zawodników raptem 162. Baza spokojnie pomieściłaby 10 razy tyle. Bardzo rozsądny podział kwater noclegowych wg tras. Najliczniejsza TP50 dostała całe gimnazjum, TP100 i TR200 podzieliły między siebie piętra podstawówki.

Po bezproblemowej rejestracji w biurze zawodów, zrobiliśmy mały Tour de Mysłakowice w poszukiwaniu Biedronki i jakiegokolwiek lokalu gastronomicznego. Bardzo owocny przedwieczorny wypad. Spotkaliśmy przyrodnie siostry Jolanty vel. Barana.




Pogadały trochę, ale jako że znów się rozpadało, zmyliśmy się na nocleg.

Noc nie należała do spokojnych. Najpierw pożegnanie Biegających Szesnastu Wspaniałych, którzy podjęli rękawicę Budowniczego trasy 100km oraz Dwunastu Jeźdźców Apokalipsy mających zamiar przejechać ponad 200km. Komunikaty na odprawie zrobiły swoje - zrobiło się poważnie. A za oknem powoli rozkręcał się pogodowy dramat...

Tłukące w parapet krople deszczu nie dawały spać. Swoje też zrobiło dzwonienie grudek lodowych. Fruwające płatki śniegu przyprawiały o śmiech złowrogi. Zamierałem z zimna już na samą myśl o tych wszystkich, którzy w tym momencie już walczyli na trasach.

Ale i na nas przyszła kolej. Czekała już trasa o parametrach:

− Dystans po trasie optymalnej 54,97 km 
− Dystans na azymut 40,79 km 
− Ilość PK 23
− Przewyższenie 2160m
− Limit czasu 15 h

Szybka procedura przedstartowa, odprawienie zwyczajowych "rytuałów". Mapy w dłoń! Można grzać w teren.

Tylko dla porządku chciałbym dodać, że mapy były w skali 1:33k wraz z rozświetleniami 1:10k okolic punktów kontrolnych - Organizator zadbał o dobrą kondycję naszych zwojów mózgowych odpowiedzialnych za przeliczanie. Zostały usunięte wszelkie nieistotne szczegóły. W tym nazwy szczytów i miejscowości. Dlatego dopiero w domu, analizując zwykłą mapę turystyczną dowiedziałem się, gdzie byłem :P




No nic.
Na początek obraliśmy kurs na Góry Sokole. Równo, spokojnie, na dogrzanie mięśni i przyzwyczajenie płuc do, delikatnie mówiąc, rześkiego powietrza. 3°C to przecież całkiem normalna temperatura majówkowa. Wciąż w towarzystwie Łukasza, który przeobraził się w Tęczowego Chłopaka, Ulubieńca Koszalińskich Stylistów Lumpeksowych. Dla urozmaicenia uskuteczniliśmy mały "wariancik" przez jakiś zagajnik i nagraliśmy pozdrowienia dla naszej Compostelki (www.goramipolski.pl ), która tego dnia dzielnie walczyła z infekcjami tatrzańskich turistas. 


Prawdziwa zabawa zaczęła się tuż przed Punktem Kontrolnym (PK) nr 1 ustawionym u podnóża szczytowych, granitowych skał Sokolika Dużego (642m n.p.m.) - wspinaczka nawet oznakowanym szlakiem turystycznym była niełatwym wyzwaniem. Dla sporej liczby biegaczy największym kłopotem było jednak czytanie mapy. Wielu pognało wprost na szczyt, podczas gdy my spokojnie, na ostatniej serpentynie szlaku, odbiliśmy pod skały i podbiliśmy PK. 


Pierwsze zwycięstwo dodało animuszu - po zejściu spod szczytu turbo szybki zbieg na rympał. Tylko jakimś cudem nie zakończył się skręceniem nóg/karku czy czołówką z drzewem. Było super stromo i super ślisko. Dorzucę do tego jeszcze widok ludzi dopiero wspinających się na PK1 i staje się oczywistym, że nijak nie dało się hamować - trzeba było gnać ;)
Spadliśmy nieco za nisko, ale że ja nie mam w zwyczaju cofania się, od razu wymyśliłem inną opcję wbicia się na PK2 - Zamkowe Skały na Krzyżnej Górze. Dołączył do nas Krzysztof Wroński ze Świnoujścia, znajomy Łukasza. W trójkę darliśmy na azymut trawersując zachodnie stoki Góry. Trafiłem prawie idealnie. 



Anyway, gdybyśmy wcześniej przeczytali opis punktu, to byśmy wiedzieli, że należy go szukać u podstaw skał, a ni na ich szczycie. I tak dopiero po kilku minutach kręcenia się między skalnymi granitami podbiliśmy PK2. Chłopaki zrobili to chwilę wcześniej - ja na lampion spozierałem ze szczytu, więc ze dwie minuty minęły nim zlazłem na dół ;) Oni tym czasem "odpalili wrotki" i tyle ich widziałem.

Nie pozostało nic, tylko gnać na PK3, początek Odcinka Specjalnego. W gęstej mgle, walcząc z zaparowanymi okularami, przetoczyłem się przez schronisko Szwajcarka i dalej na szagę, do Karpnickiej Przełęczy. Tam czekał PK3 i Sędzia z mapą OS-u.



OS, to taka super fajna sprawa. Generalnie całą trasę Rudawskiej Wyrypy należało pokonać podbijając punkty kontrolne w wyznaczonej kolejności. Jednakże na OS-ie, między PK3 a PK16 można było robić, co się chce. Podbijać lampiony w dowolnej kolejności. Mapa sportowa BnO dodała dodatkowego smaczku całej akcji. Dość dokładna (skala 1:10k) i aktualna, punkty gęsto ustawione (12 PK na dystansie ~11km). Miejsce akcji: Janowickie Garby. Z hasłem: "Hulaj dusza, piekła nie ma!" pognałem przed siebie.

Były to bardzo intensywne 3 godziny realizowanie mojego wariantu: PK3-S02-S04-S01-S07-S11-S12-S09-S10-S08-S03-S05-S06-PK16. Każdy punkt na swój sposób wymagający. Absolutne skupienie, bardzo ograniczona widoczność oraz kompletnie mokre ciuchy. Do końca mych dni będę wspominał wdrapywanie się tyłem na Skalną Grzędę (za S05) - milsza mi była niepoharatana gęba niż tyłek. Genialne skalne gniazdo na S10 czy dawny kamieniołom na S11 (Starościńskie Skały). 

Po prostu WOW! Nie raz i nie siedemnaście duszę zakłuło poczucie smutku - "Ech, gdyby zamiast tej mgły było coś więcej widać..."

To była piękna walka w pięknym terenie - pełen respect dla Budowniczego. Jeszcze większy podziw dla wszystkich, którym przyszło się zmierzyć z OS-em w nocy!




Po 3h20min spędzonych na trasie Odcinka Specjalnego ( czyli w sumie już 5 godzinach od startu) podbiłem lampion nr 72 czyli PK16 - metę OS-u. W przewodniku piszą, że tam znajdują się ruiny tartaku. Ja jakoś miałem jednoznaczne skojarzenia z pozostałościami po stanowiskach strzeleckich, jakichś działach, bunkrach itp.

Po krótkim pit stopie na PK17 (były i bananki i gorąca herbatka i mili Państwo z obsługi) w Janowicach Wielkich, czekała mnie druga część trasy. Już bez OS-ów - dłuuugie, żmudne, siadające na psychikę przeloty

Na PK18 wiódł leśny, nieustannie wznoszący się dukt. Starałem się trzymać równe tempo, ale widok wzniesienia aż po horyzont mocno demotywował, a mżawka dobijała. Mobilizowała jedynie świadomość, że jestem w pierwszej trzydziestce. Że Łukasz z Krzyśkiem gdzieś zabalowali i mają teraz do mnie stratę ok. 15min. No i ten mój Klub Kibica - dziewczyny byłyby dumne ze mnie, widząc jak mimo wszystko zbieram się w sobie i napieram do przodu na tyle, na ile pozwalają siły i zdrowy rozsądek. 
PK18 odnalazłem wspólnymi siłami z Pawłem Marczukiem. "Koniec drogi" gdzieś pod szczytem Małego Wołka (774m n.p.m.). Wspinając się na górę tych "końców" mijaliśmy chyba ze cztery. Mimo to darliśmy ku górze niewyraźnym czymś, co w naszym mniemaniu ową drogą było. Morale bardzo niskie, tak jak odczuwana temperatura powietrza. Bardzo bliskie zeru. Co rusz zmuszałem się do żwawszych podbiegów, by rozgrzać przemarzające mokre ręce.

Wobec wzmagającego się zmęczenia, zaczęło się ostre kombinowanie - jak biec, żeby się nie nabiegać. Jak przeleźć przez te góry, nie musząc się na nie wspinać. Wariant przelotu na PK 19 zakładał zero podejść. Nie bez kłopotów udało się go szczęśliwie zrealizować. Paweł kilkukrotnie zgłaszał zastrzeżenia, co do obranego przez nas kursu, drogi niknęły we mgle, rozpływały się w bujnej roślinności.

Po doładowaniu się kanapkami i bananem, rozbudziłem się nieco. Podążaliśmy nieustannie w dół, a to sprzyjało podkręcaniu tempa. Ostatni kilometr do PK19 to już regularne biegowe grzanie, małe wyścigi z coraz liczniej napotykanymi współtowarzyszami drogi.

Kolejnej próbie charakteru zostałem poddany tuż po podbiciu PK19. Nr 20 był nieznośnie daleko, w zupełnie przeciwnym kierunku niż baza. Trzeba było z powrotem wdrapywać się tam, skąd przed momentem z takim impetem zbiegłem. Minęłiśmy się z Krzyśkiem i Łukaszem. Ten, mijając mnie bąknął tylko, że ma już dość, że rezygnuje. Wkurzyłem się na niego mocno, bo co to ma znaczyć?! "Nie ma odpuszczania, grzejesz dalej!" Wydarłem się za nim. Jednocześnie zwolniliśmy z Pawłem tempa pozwalając, by chłopaki dogonili nas i żeby było raźniej się wspinać. Gadka szmatka, jakoś to szło. Paweł przodem, ja z tyłu nie dopuszczając, by ktokolwiek odpuścił tempo.

Robiło się coraz wyżej i wyżej. Gnaliśmy w Masyw Skalnika, by na "rozwidleniu strumieni" (chyba w życiu nie zrozumiem, dlaczego w opisach stosuje się to określenie - przecież strumienie mogą co najwyżej się ze sobą łączyć), gdzieś na wschodnich stokach Skalnika podbić PK20 i rozpocząć upragniony powrót w stronę bazy.

To był chyba najbardziej emocjonujący fragment trasy. Postanowiłem ominąć Przełęcz Rudawską, azymutem strawersować Skalnicę i wpaść na drogę bezpośrednio idącą w pobliże PK. Pierwszy raz w życiu przyszło mi skakać po gołoborzu porośniętym lasem. Często porośnięte mchem, luźno leżące głazy pośród drzew nie ułatwiały trzymania kierunku. Łukasz, który w przeciwieństwie do Pawła i Krzyśka został ze mną, w ciszy znosił męki na jakie nas skazałem.
Im bliżej PK, tym więcej ludzi. Co rusz jakaś grupka "czesząca teren". Nie bardzo wiedziałem, czego szukają. Oni niekoniecznie wiedzieli, gdzie są. Inna rzecz, że według nas mapa w tym miejscu miała niewiele cech wspólnych z rzeczywistością. Trzeba było kontynuować azymutowanie. Pilnując rzeźby terenu spróbować przeskoczyć na wschodnie stoki Skalnika. Spostrzegliśmy, że mamy coraz większe "grono fanów", którzy widząc naszą pewność, przyłączali się do pochodu. Co chwilę ktoś tam wtrącał jakieś mądre uwagi, ale ja grzałem dalej przed siebie. Wiedziałem, że nie można sugerować się absolutnie nikim, bo zostaniemy tam na amen. Pilnując kompasu i rzeźby w końcu wydostaliśmy się na dobrze idącą ścieżkę. Łukasz poleciał w dół wzdłuż pierwszego napotkanego strumienia. Ja pobiegłem jeszcze dalej i "na słuch" znalazłem drugi. Idąc jego brzegiem odnalazłem owo "rozwidlenie". I PK 20. Ogarnęła nas wielka euforia, morale wybitnie podskoczyło. Ucieszyliśmy też nasz dziesięcioosobowy "tramwaj" - ochoczo podbili PK i polecieli dalej. Szybcy to oni byli, nie powiem. Przyszła mi jednak na myśl historia o wyścigu żółwia z zającem, więc dałem spokój gonitwie. Miałem swój plan na dalszą drogę. 

Ponownie azymut trawersujący stoki Skalnika. "Złapana" wygodna droga u północnych podnóży Masywu. Kierunek zachodni. Znów można było raźno biec. Fajne zwycięstwo nad PK20 dodało pozytywnej energii na resztę trasy. Bezproblemo podbity PK21, zbieg do Przełęczy pod Średnicą i radośnie podjęte ryzyko biegu na azymut po rudawskich łąkach, ku PK22. 


Pomyliłem się nieznacznie, a charakterystyczna szykana drogi przy punkcie jednoznacznie określiła, gdzie jestem. Po krótkim "czesaniu" podmokłej łąki, stojąc do połowy łydki w wodzie, podbiłem PK.



Przed startem planowałem zrobić trasę w ok.9h. Właśnie mijało 10h, a do mety jeszcze kawał drogi. Co robić w takim momencie? Ano trzeba się znowu najeść, zachwycić otaczającymi krajobrazami... i przyśpieszyć! Wybierałem warianty najkrótsze, po liniach możliwie prostych. Licznik pokonywanych przewyższeń nabijał kolejne metry. Od obranego kursu nie odwiodły ani kolejne wzniesienia, ani kolejne bagniste łąki. 

Podbijając ostatni, PK23, poczułem wielką ulgę - teraz wystarczyło po prostu wrócić do Łomnicy. Niebo przetarło się już do końca, truchtaliśmy w promieniach zachodzącego słońca. To trochę nas zgubiło, bowiem przeoczyliśmy najkrótszy wariant drogi do mety. Pobiegliśmy na około, asfaltem. Potem między blokami, skok przez rzeczkę i płot. Okazało się, że te swawole kosztowały nas kilka pozycji w klasyfikacji końcowej - parę osób wróciło dosłownie kilka chwil przed nami, wyprzedzając nas właśnie na ostatnim odcinku. Cóż, tak bywa. Mam za to nakręconych kilka kadrów zachodzącego słońca, co przyprawia mnie o radość i ogólne szczęście:



11h 29min. Miejsce 20 OPEN na 99 sklasyfikowanych. Dystans 56,5km. Nie najgorzej. Nie najlepiej. Wypadkowa wszystkich decyzji. Tych trafnych i tych niekoniecznie. Pucharowy debiut w górach zaliczony. 




GASTROFAZA CZYLI EPILOG

Moimi najszczęśliwszymi chwilami, prócz dotarcia na metę, są te spędzone pod prysznicem i nad miską makaronu.
Kąpiel była wyśmienita. Z braku miski, były kolejno po sobie pochłaniane talerze ciepłego i smacznego żarcia. Tzw. gastrofaza. Kolejny przypływ energii sprawił, że ten dzień nie skończył się tak szybko. 
Ulubione wieczorne rozmowy, słuchanie wrażeń z trasy, niemalże nabożne podziwianie tych wszystkich Wspaniałych i Jeźdźców powracających z tras TP100 i TR200... Bylem bardzo dumny, że nasz znajomy z Gdańska, Krzysztof Borowiec wyzerował TP100 i jako trzeci przybiegł do mety w niespełna 24h - respect!

Żmiejek uciekł do Legnicy. Ja dokończyłem 4 talerz makaronu i poszedłem spać.

Niedziela powitała nas przecudnym słońcem i bezchmurnym niebem. Normalnie zachciało się wziąć mapę i polecieć trasę ponownie, by obejrzeć te wszystkie utracone widoki. A byłoby co oglądać.
Na bardzo sympatycznej ceremonii dekoracji zwycięzców i zakończenia rajdu, zostało nagrodzone moje pochodzenie - jako, że miałem najdalej z domu do Łomnicy, dostałem ciekawy przewodnik. 



Zwycięzcy dostali puchary. Certyfikaty powędrowały do rąk każdego, kto w limicie ukończył całą trasie. Słońce coraz mocniej przygrzewało. Można było wracać do domu.










TURYSTYCZNA NIEDZIELA NA DESER

Jako ostatni uczestnik opuściłem bazę w Łomnicy. T-shirt, krótkie spodenki, okulary przeciwsłoneczne - czy nie mogła tak wyglądać cała Majóweczka? W drodze po moich przygodnich kompanów zahaczyłem o pałac Wojanowie, wyjątkowej urody miejsce.



W Szklarskiej Porębie czekało radosne towarzystwo, pyszne jedzenie i druga część wycieczki po okolicy. Walońska Chata, Muzeum Taniego Wina, Zakręt Śmierci, Świątynia Wang w Karpaczu. Posiadłem tajemną wiedzę z dziedziny kamienioznastwa i dostałem swoją prywatną grudkę magnetytu na szczęście.

Emocjonujące zwiedzanie Legnicy i podziwianie fontanny, pierogi na stacji benzynowej w Gnieźnie. Wschód słońca w Sopocie. Rudawska wyrypa zakończona.








Statystyki:


TP50: 
                                56.52
                     1919
                     1918
 11:29:22
 5.2





Mapy przelotów oraz wyniki:

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Krócej znaczy dłużej" - Harpagan 47 i nauka pokory. Kolejna.

Kolejny krok milowy Planu Rocznego został poczyniony. Meta ERnO Harpagan 47, cało i zdrowo. 

Wyznając zasadę "wszystko albo nic", nie poruszam kwestii wyniku - tytułu nie zdobyłem, więc temat uważam za nieistotny (Miejsce 7/30, punkty 67/80, minus 5 minut spóźnienia). Na tym polu wykazali się koledzy z SKPT - Człowiek Szlam (Krzyś Nowak) i Człowiek Rzeźba (Paweł Ćwidak). Krzysztof "rozpruł" konkurencję wygrywając w świetnym stylu koronną trasę TP100 (12h 56min). Paweł uzupełnił grono na podium tejże, a jego czas przejścia, 15h 18min, dobitnie udowadnia, że chłopak poczucie humoru jednak ma i to spore. Jego spokojne, nieco smutno brzmiące przedstartowe "Czuję, że nie jestem jeszcze gotów na takie dystanse" było niezwykle przejmujące. Byłem gotów oddać pół miski makaronu, byleby tylko jakoś podnieść go na duchu.

W tym roku wszystko podporządkowane jest jednemu - Biegowi Rzeźnika w Bieszczadach. Jego ukończenie, w możliwie dobrym stylu, siedzi w mej skąpo owłosionej (ale za to super dorodnymi sztukami!) łepetynie od dawna. H47 to przystanek w długiej drodze. Papierek lakmusowy aktualnego stanu przygotowania. Przegląd techniczny organizmu. Jego wydolności, poprawności pracy stawów i mięśni. Odporności na niespodzianki, które zmęczony umysł potrafi zafundować w najmniej odpowiednim momencie - każdy długodystansowiec doskonale wie, że gdy głowa mówi: "Gościu! To już kres twych możliwości!", to właśnie jest ten moment, gdy należy przyspieszyć i napierać dalej.

Wbrew temu, co media promujące aktywność wszelaką mówią w TV czy piszą w internecie, imprezy typu Harpagan niszczą system! Krótsze dystanse faktycznie stanowią miłe urozmaicenie ciężkiego życia i zapewniają dużą dozę endorfin. Natomiast koronne trasy (piesza 100km, rowerowa 200km, mieszana 150km), zachowując wszelkie walory wymienionych powyżej, potrafią złamać prawie każdego kozaka (tudzież spuszczonego z łańcucha koksa), oddzielają ziarno od plewów, mężczyzn od chłopców (kobiety od dziewczynek? Tak się chyba nie mówi...). Im dłużej w terenie, tym walka o życie jest bardziej nierówna. Z dystansem, z czasem, z samym sobą, z siłami natury.


Mając mniejszą czy większą świadomość, na co się człowiek porywa, w miniony piątek Bożepole Wielkie stało się celem podróży ponad 1200 osób. Wieczorową porą, moją ulubioną, w gronie 372 oszołomów cierpiących na bezsenność i nadmiarem energii, pognałem w teren. 


Reszta, tych "normalnych", olała temat i poszła spać, by wystartować o świcie na swoich dystansach.

No dobra, mam tę mapę. Kompas w ręku. Czołówka na czole. Zapas izotonika i batoników musli, bułka z kiełbasą i rozgazowana Cola w plecaku. W sercu spokój, bo okolica wybitnie dobrze znana, a w ciągu ostatniego półrocza już 5 raz będę wałęsać się nocą po terenach między Luzinem a Lęborkiem (Jesienny Tułacz, Sukkub, Manewry SKPT, Wiosenny Tułacz). Buty porządnie zawiązane, nic nie ciśnie, nie drapie - można grzać. Grzaniu sprzyja towarzystwo Pawła i Krzysztofa, którzy znani są z tego, że mogą długo i szybko. Biegać. I dobrze celują. W punkty kontrolne. Niespodziewane, ledwo słyszalne "Start!" i czas zaczął płynąć nieubłaganie. Następne 18h to moja kolejna przydługa "chwila prawdy". Ech...


Wielu rzeczy się spodziewałem, ale tego, że będę śmigał przez tory przed nadjeżdżającym pociągiem? No niekoniecznie. To zapewne Organizator lub, co bardziej prawdopodobne, czary Członkiń Klubu Kibica sprawiły, że ów pociąg zjawił się na przejeździe przez pełną aut DK nr6 akurat w momencie, gdy zamierzała przez nią przebiec chmara wariatów. Ponieważ Klub Kibica jest ukierunkowany tylko na pewne bardzo konkretne osoby, a i szczęście sprzyja lepszym, przed pociągiem zdążyliśmy tylko my i jeszcze dwóch chartów. Reszta musiała grzecznie poczekać, podczas gdy my im po prostu uciekliśmy :)

Tytuł tej epopei jest nieprzypadkowy. "Krócej znaczy dłużej" zaczęło się sprawdzać praktycznie od razu. Bo przecież po co lecieć głównymi drogami, ale za to małym objazdem (czerwona linia na poniższej mapce), jak można skoczyć na rzeźbę i grzbietem "spaść" na PK? Co w tym momencie mieli w głowach Krzyś z Pawłem, nie wiem. Ja stwierdziłem, że "No dobra, od samego początku takie góry, ale z dobrymi Aniołami Stróżami." I pognałem z nimi. 
Dość szybko przeszła mi na to ochota, bo po raz kolejny doświadczyłem ponadprzeciętnego zawalenia suchymi gałęziami i drzewami terenów gminy Łęczyce. Tutejsi leśnicy prowadzą gospodarkę leśną bardzo intensywnie i żwawo. I lubują się tylko w porządnych pniakach. Resztę zostawiają chyba dzikom na pożarcie lub tubylcom na grilla. Niestety ani dziki ani tubylcy nie mają takiego tempa jedzenia/zbierania chrustu, więc w lesie jest najzwyczajniejszy w świecie syf.
Krzysztof metodą tarana, Paweł lewitując, sprawnie grzali grzbietem, choć raczej w tym grzaniu nie dostrzegałem jakiejś większej pewności - jak to ja, lubię wiedzieć, gdzie jestem i dlaczego nie tam, gdzie bym chciał, więc dałem spokój z tym ich grzaniem i wymyśliłem swój własny sposób na PK1. Z kompasem przed nosem uważnie po rzeźbie trawersem, potem w górę, w dół, w górę, wzdłuż płota, jakimś mokrym rowem, znów na przełaj po grzbiecie...i już - dogoniłem tramwaj czołówek, przed którym tak uciekaliśmy. PK1 podbity po 48 minutach od startu. Stanowczo niezadowolony z siebie (bo przecież mogłem tu być już jakieś 15 minut temu) musiałem nadrabiać straty.

(kliknij, by powiększyć)

Przelot nad Jezioro Lubowidzkie (PK2) bez wtopy, bezpieczny z jedną ekstrawagancją. Nie dobiegałem aż do wsi Dąbrówka, tylko wcześniej odbiłem na NW. Przecinką oraz na szagę przez łąkę i nowo powstałe działki budowlane wbiegłem na drogę łagodnym łukiem nachodzącą na PK. Miał być punkt widokowy - widać było w sumie nic. Albo tyle, na ile pozwalał snop światła latarek - nie jestem przekonany, czy akurat to autor miał na myśli. No nic, byłem z siebie wielce zadowolony, bo tempo porównywalne z czołówką. 

Ale przecież jesteśmy na imprezie "Krócej znaczy dalej". Zamiast stulić głowę i polecieć ciut na około (czerwona linia na mapce powyższej), to ja nie - autorski wariancik. Czyli Masakra nr 1. Na początku nawet poszło nieźle. Mokradła i Węgorzę (rzeczkę taką) przeskoczyłem "na sucho", potem mała wspinaczka po krzakach do torów kolejowych i darcie na S, ku wypatrzonej na mapie fajnie idącej drodze. No i to zaczęły się schody. Mało się zgadzało, a jeśli już, to niekoniecznie dało się tamtędy żwawo przemieszczać. Kolejno olewane warianty. Kolejne zachaszczone pagórki pokonywane na azymut. Kolejna przecinka porośnięta młodymi choinkami. Czas płynie szybko, ja idę wolno. Konkurencja "odjeżdżała". PK3 podbity ze stratą 50min. do prowadzących Szlamu & Rzeźby. Smuteczek.

Takie nocne rajdy to zbiór wzlotów i upadków. Gdy zawalasz temat lub obierasz zły wariant, upadasz. Gdy masz przebłyski geniuszu i mega mocy, wzlatujesz. Gdy zajadasz się kolejnymi batonikami, żelkami z Lidla - czujesz, co to szczęście!

Dążąc do bycia szczęśliwym człowiekiem, pochłonąłem kolejną porcję pożywienia i pognałem na PK4. Wariantem bezpiecznym, a zarazem najkrótszym. Po przeskoczeniu przez drogę Godętowo-Rozłazino pojawiły się pewne "nowości" w sieci leśnych ścieżek. Jedna przypasowała mi szczególnie - wygodna i szła w poprzek wszystkiego, praktycznie na sam PK. Jedyna mała histeria była tuż przed nim, bo ustawiony w potężnym wąwozie, był trudno dostępny. Tylko cicho jęknąłem widząc, co mnie czeka. Nie obyło się bez małego przedzierania się przez pozostawiony przez gospodarnych leśników syf i na prawdę króciutkiej litanii łacińskich słów. 

Dobieg na PK5 w połowie pod prąd przebytej już drogi z 1 na 2. Nie przeszkodziło to w zastosowaniu jednego głupiego skrótu, dzięki czemu znów mogłem poczuć smaganie chrustu po łydkach.

Swoją drogą zabawne, że jedyne siniaki po nocnym bieganiu ma się na tylnej części nóg. Zupełnie poważnie - miałem wrażenie, że las mnie kopie po łydach. A przecież byłem grzeczny i papierki nosiłem ze sobą.

No, to ten...przed samym PK5, zaatakowanym od północnego-zachodu, zostałem skopany po raz kolejny. Dość porządnie. I w podmokłym wąwozie. Bo mapa jakaś nie teges i w terenie trzeba było się przeczołgać ok. 300m przez dość konkretny leśny sajgon, by dostać się do krawędzi właściwego wąwozu i poetycko opisanego na mapie "meandru drogi". Kto nachodził na PK od południa, stracił sporo mniej czasu i sił (Panie Punktowe z uśmiechem wyglądały z namiotu i dzielnie machały latarką "by było ciut łatwiej, bo ponoć z tym punktem jest niezła rzeźnia").
Tu dowiedziałem się, że moje dotychczasowe cudowanie z mapą idzie mi duuuużo wolniej niż Szlamowi & Rzeźbie (2h straty), ale tak ogólnie, to całkiem spoko i jestem 29 open oraz 4 na TM, a do 3 tracę tylko kilka minut. Uśmiech Panny Punktowej i ta wiadomość podziałały lepiej niż jedzenie.

Mimo wszystko, była już 2:30, w nogach (w tyłku/w głowie/w czym chcecie) już ~32km. Pojawił się mały kryzys egzystencjalny. Trochę z lenistwa, trochę ze zmęczenia, a trochę z potrzeby interakcji z drugim człowiekiem, podbiegłem do Ramoola (Michała Bałchanowskigo) prosząc o wyciągnięcie mi bułki z plecaka. Tak się nawiązała luźna gadka i wzrosło tempo przelotu na PK6. Gadulstwo jest zgubne, to wie każdy, więc raz trza było się cofać po małej pomyłce.
Wizyta w znanym i lubianym Porzeczu, przeprawa przez Łebę (rzekę taką) i... no tak, tam jest niemalże pionowa ściana... na czworaka jakoś się człowiek wdrapał.A potem znów to samo: "Krócej znaczy dłużej". Zamiast polecieć dalej na E do drogi, to my wzdłuż krawędzi na S jakąś wydeptaną ścieżyną. Tak nam się podobała, że nie odpuściliśmy jej nawet gdy opadała w dół, do samego brzegu Łeby (tak, wiem - bez sensu wdrapywałem się wcześniej). I tak sobie trawersując dolecieliśmy pod właściwą ścianę, na szczycie której stał PK6. Kolejna, masakrycznie nurząca wbitka na górę. I Ramool gdzieś się zapodział. Drzeć się nie było sensu, więc podbiłem punkt i polazłem dalej bez niego. A szkoda, bo może bym kolejnego "gonga" nie zaliczył.


(kliknij, by powiększyć)

Ale zaliczyłem. Coś mi się tam w głowie nie poskładało i ze wsi Rzepecka wbiłem się nie tam gdzie chciałem. Planowałem polecieć na północ pierwszą z trzech mniej więcej równolegle idących dróg. Poleciałem drugą, choć to trzecia była najszersza i najwygodniejsza. 
Znów zero refleksji. Że to Harpagan. Że to trzeba autostradami gnać na złamanie karku. Nie pakować się w jakieś dziury, nawet jeśli to krótszy wariant. 
Efekt? Masakra nr 2. Darłem przez las czymś w rodzaju rowu, lekko zawalonego gałęziami. Byłoby spoko, gdyby nie urwał się nagle. Gdzieś w środku niczego. Of course, gęsto porośniętego, słabo przebieżnego. Znów azymut na N, przeciskanie się. Totalnie bez sensu. Jakoś się wygrzebałem, ale nie na długo. Idąc po rzeźbie, jakimś takim jakby ubłoconym korytarzem  (po nałożeniu tracka na mapę okazało się, że to jednak była droga :P) prawie dobiłem się do głównej drogi. Prawie, bo ona w dolinie, a ja na grzbiecie. Który właśnie się skończył i na 3 strony świata elegancki stok. Tak ze 60% nachylenia. Podośnięty iglakami. Marne szanse (i żadnych chęci), by tam się wtarabaniać. Podkulony ogon, nawrót ok 500m i mozolne parcie na E, na azymut do drogi. 
Kolejne 20minut w plecy i ubytek cennych sił. Mrok nocy odpłynął w przeszłość, zrobiła się szarówka. Wstawał kolejny piękny dzień, a ja podbiłem PK7.

Wyłączyłem tryb "fighter", włączyłem odtwarzacz mp3. Żeby sobie pośpiewać, obudzić się nieco, podreperować ego. Drepcząc żwawo, doładowałem żywieniowe konto. Zobaczyłem dwie biegnące sarenki i zachwyciłem się nad światem. Znów próbowałem rozbujać się do biegu, truchtu przynajmniej. Spotkałem też Transformersa i wyraziłem garść opinii swych na tematy różne.



W super tajnym miejscu przeprawiłem się suchą nogą przez Łebę (ach te wspomnienia z rajdów, gdy nieświadom niczego, musiałem przeprawiać się wpław...) i rozpocząłem ostatni Atak Punktowy na biegowej pętli trasy mej mieszanej. 
Ów teren znam dość dobrze z poprzednich startów. Kojarzę, gdzie nie warto się ładować, chcąc dość szybko przemieścić się wschód-zachód czy północ-południe. Niestety, od ostatniej wizyty trochę się pozmieniało. 

"Już był w ogródku. Już witał się z gąską". Już stałem na grzbiecie i spoglądałem na autostradkę biegnącą ku Jeleniej Górze (wzniesieniu takim) i PK8 usytuowanym na niej... co zobaczyłem, to zobaczyłem. W każdym razie skłoniło mnie to do wykonania profilaktycznego "objazdu" i Masakry nr 3. To, po czym się przemieszczałem:



Domyślacie się zapewne, że pierwotny zamysł nie wypalił, bo zalegało tam sporo więcej "chrustu". Znów duma w kieszeń, znów pokorne kombinowanie. Przeprawa na kolejne grzbiety w drodze na Jelenią. Tam już bez emocji, lekko zrezygnowany.  7:33 - od pół godziny powinienem już "palić wrotki" na rowerze.



Zbiegając do cywilizacji mijam się z wyspanymi "świeżynkami" z TP50, w tym z TJem żwawo turlającym się na czwartej pozycji (ostatecznie skończył jako 10, Łukaszowi Żmiejko dołożył prawie godzinę, czym wygrał zakład i talon na start w Czarnej Cobrze 2014. Mega szacun!).



Na przepaku byłem prawie 1,5h - teraz tego zupełnie nie rozumiem, bo przecież trzeba było ekspresowo przebrać się na rower, doładować bukłak, zapasy żarcia i grzać na trasę. No nic, nakarmienie takiego "odkurzacza", jak ja, trochę trwa. Mocna zamuła przy wymyślaniu przelotu rowerowego i tak to jakoś zeszło.



Ale potem już pełen gaz! Pierwsze metry na ukochanym rowerze i już pełna euforia, nowe siły i wiara w sukces! No dobra, tak na prawdę to mi się mega nie chciało ;)

Wybrałem wariant trasy wschodni (mapa na końcu wpisu). Rozpoczynając od PK20, planowałem uderzyć potem po kolei: 12-18-15-17-11-19-9-14-13-10-16-meta. Spojrzawszy na zegarek odpuściłem 12 i postanowiłem powalczyć tylko o te najwyżej punktowane PK od 15 do 20. Jak to wyszło w praktyce, widać na poniżej zalinkowanej mapce.

Bardzo ciekawym doświadczeniem jest podróżowanie za dnia po terenie świetnie znanym tylko z nocnych eskapad. Co chwilę nowe "Och! Ach! To tak to wygląda". Śmiesznie.
Przestawienie się z mapy 1:50k na skalę 1:100k zajęło chwil parę. Popełniane błędy nie bolały aż tak mocno, bo wiadomo - na rowerze milej, szybciej i wygodniej.
Zachwyt nad światem absolutny! Na punkcie widokowym były widoki, nad brzegiem jeziora było jezioro... doprawdy przedziwne!



Różne cuda.

Wszystko zadziało się dużo szybciej. Wiatr smagał niemiłosiernie, przed PK19 nawet trafiło się nieco drobnego gradu. Ale generalnie pogoda była nadspodziewanie OK. Opadowe prognozy nie sprawdziły się. 
Ciekawe przeżycie wiązało się z PK 18. Na mapie umiejscowiony w północnym rogu szkółki leśnej znajdującej się na rozleglejszym, ogrodzonym terenie. Czyli co, trzeba to ogrodzenie sforsować. Łatwo powiedzieć, gorzej wykonać. Konstrukcja solidna, opatrzona tabliczkami "Wstęp wzbroniony". Coś jak wojskowe tereny w głębi lasu. Na mapie były oznaczone 3 bramy. Północna, wschodnia i południowa. Miałem pecha, bo północną bramę atakowałem na końcu. Pocałowałem klamkę dwóch pozostałych, tracąc ponad kwadrans na dyganie wzdłuż płota, na około. A tymczasem na PK impreza. Sporo rowerzystów na popasie, atmosfera pikniku.

Przeloty na dalsze punkty bez szczególnych historii. Mp3 na uszach podawała odpowiedni rytm, regularnie "dosypywane do pieca" porcje kalorii pozwalały utrzymywać odpowiednie tempo. Na podjazdach łykałem kolejnych rowerzystów bez mrugnięcia okiem. Na zjazdach i po płaskim Epic szedł jak szatan. Szybko! Najsłabszym ogniwem w tym całym zestawie byłem ja sam, a konkretnie moja amatorszczyzna w czytaniu mapy 1:100k. Stanowczo zbyt wiele czasu poświęcałem "lekturze", co przełożyło się na nienajlepsze warianty i czasy przelotów między PK. 

Na ślicznym punkcie nr 19 (Jezioro Choczewo) znalazłem się na 2h 05min przed limitem. Włos (ów nieliczny, acz prześliczny) zjeżył się na głowie, bo żeby znaleźć się w bazie, musiałem "przewinąć" całą mapę - na oko 21km w linii prostej, ze 30km po wariantach. Trzeba było mocno spiąć poślady i rwać do domu. Zamieniłem jeszcze kilka słów z Jarkiem Klucznikiem, którego ostatni raz widziałem z rodziną w sierpniu w Szczawnicy, gdy pełnym gazem zjeżdżaliśmy do mety IV etapu TransCarpathian Delirium Ultimate (www.facebook.com/TDU13) - kaaaawał czasu temu. 



No nic, pogadali i polecieli. Nie miałem złudzeń - tego dnia już o nic więcej nie powalczę. Po prostu za wszelką cenę muszę zdążyć do bazy przed limitem, żeby nie stracić całego dorobku. Darłem przed siebie tak mocno, że będąc w okolicy PK16 postanowiłem zaryzykować i go podbić. Aha, w całym tym "darciu" znalazła się chwila na mały materiał filmowy z dedykacją dla Klubu Kibica Kawalera Wieczorową Porą.



I spotkałem cudnej urody młodego warchlaczka. Dreptał sobie dróżką. Locha pewnie w krzakach buszowała, więc nie gadałem z nim zbyt długo.

Plan zdobycia PK16 udał się prawie idealnie. Bez większych sensacji, sprawnie wjechałem na punkt i o 14:32 go podbiłem. Mały cyrk się zrobił przy próbie powrotu. Chciałem wydostać się z tamtego rejonu dokładnie tak, jak się tam znalazłem. Ale jak kto się spieszy, to się diabeł cieszy - pochrzaniłem to i owo, zaliczyłem jedno błoto z drugim...a czas pędził nieubłaganie. 

Koniec końców, tak trochę podpatrzoną na GEZnO 2013 "metodą Ćwidaka" - czyli "mniej więcej w tamtym kierunku, aż będzie coś charakterystycznego", wydostałem się na szosę, znalazłem właściwy dukt do Bożegopola i dzida! Pełnym gazem przefrunąłem do mety...i ta niepewność, czy zdążyłem przed 15:00. Niestety, przyjechałem o 15:04:24, czyli straciłem punkty wagowe zdobyte na PK16.



Trudno, przynajmniej zawalczyłem. Tylko w sercu mały wyrzut za te 4 minuty (mniej o jedno sikanie/jedzenie banana/kombinowanie z mapą/kręcenie widoków i by było OK).

Gdybym miał pół godziny więcej, prawdopodobnie zdążyłbym jeszcze podbić PK17, a to już byłby bardzo solidny wynik.

Gdyby, gdyby, gdyby... gdyby babcia miała wąsy... jest to, co jest. Kolejna ciężka lekcja pokory. Czyli tego, co najistotniejsze w startach długodystansowych. Bo tylko będąc pokornym można dotrzeć do mety cało i zdrowo. Do zwycięstwa potrzebne jest jeszcze szczęście. A to sprzyja lepszym.

Bieganie bieganiem, jazda jazdą. Ale Harpagan jest jak dobre party w Sopocie. Jest before i after :) "Odgruzowany" po trasie, umyty i nakarmiony, człowiek zapomina o wszystkim co złe, zatapiając się w tym wielkim uśmiechniętym towarzystwie pozytywnych wariatów. Niekończące się rozmowy o minionych godzinach, analiza przebiegów, wymiana spostrzeżeń, ciekawostek, wygrzewanie się w słoneczku... - to bardzo miła część tego wydarzenia.

A wieczorem dekoracyjny maraton.



Warto było dotrwać i móc oklaskiwać mega koksów spuszczonych z łańcucha, Człowieka Szlama & Człowieka Rzeźbę (lubującego się w autystycznej formie wyrażania radości)

"Do dwóch razy sztuka" - tak mówiłem przed weekendem. 
"Do trzech razy sztuka" - tak będę mówił do godz. 21:00, 16 października 2014r, gdy w Lipuszu, po raz trzeci wezmę tego byka za rogi. Na pewno będę silniejszy, bardziej doświadczony. Czy to wystarczy, by zdobyć kolejne trofeum z literą H? Oby!

See U, next time!

P.S. Ciekawe, co na to wszystko by powiedziała owa zapracowana blondynka, tak dzielnie czyniąca dobro pewnemu panu w leśnych okolicznościach przyrody w aucie o zaparowanych szybach...


Statystyki:


Etap pieszy: 
                                62.4
                     1184
                     1182
 11:09:47
 5.78



Etap rowerowy: 
                                75.1
                      614
                      613
 5:41:12
13.7



Mapy przelotów oraz wyniki: